''Byliśmy, Nie jesteśmy czymś więcej. Jesteśmy chorzy, bez szans uleczenia. Jesteś moim miejscem. Miejscem, w którym utknąłem. Po prostu zostaw mnie, bo jest rzecz, o której wiemy. Że nic się nie zmieni.
I wiem, że widziałaś mnie. Tam, w tłumie, stałem sam.
Sam, sam, sam...''.
~*~
To wcale nie było tak, że ja cokolwiek Bartoszowi wybaczyłam. A zdałam sobie sprawę z tego w momencie, kiedy trzasnął drzwiami. Nie miałam go za co przepraszać. Niby dlaczego miałabym to robić? W świetle tego, co się wydarzyło ciągle pozostawaliśmy w konflikcie. Owszem. Bartosz był. Dokładnie wtedy, kiedy go o to poprosiłam, ale nie zapomniałam. Byłam taka jak mama. Pamiętliwa. Spojrzenie jego niebieskich tęczówek przez trzy lata paraliżowało moje ciało, a kiedy podczas rozprawy uniósł wzrok i patrząc na mnie wypowiedział przed sądem, że tego wszystkiego nie da się uratować, niemalże skamieniałam. Bolało. I boli nadal. W każdej konfrontacji. Pewnie zauważył, że od kiedy spotkaliśmy się pod felernym sklepem nie dopuściłam do sytuacji, w której nasze tęczówki spotkałyby się chociaż na sekundę. Nawet na pogrzebie. Po prostu nie mogłam mu wybaczyć i już. Skoro 'tego wszystkiego' nie da się uratować, nie ma sensu bawić się w siostrę miłosierdzia. Miało być normalnie. Poniekąd sama się na to zgodziłam, ale w jednym momencie, a właściwie z jednym zdaniem wróciłam do punktu wyjścia, gdzie nadal byłam śmieciem, zabawką, a z moich uczuć już jakiś czas temu zrobiono rollercoaster. I znowu nie przespałam nocy, tak jak miałam to zrobić. Do nowej pracy wybieram się niewyspana, podirytowana i wściekła na samą siebie, że po raz kolejny przejmuje się Gawryszewskim. Cholera jasna! Gdyby nie to, że mam być prawnikiem, próbowałabym go unicestwić. Chciałabym w końcu mieć spokój.
~*~
- Specjalnie wyszłaś z domu wcześniej, żebyśmy się nie spotkali.- A ty śledziłeś mnie całą drogę. Nie do wiary. - burknęłam pod nosem i wyminęłam ponad dwumetrową postać.
- Nie skończyłem.
- Skończyłeś. Rok temu i dwa miesiące.
- Liw...
- Nie.Mów.Tak.Do.Mnie. - wycedziłam przez zęby, a Bartosz trzymał mój nadgarstek. Przez chwilę się szarpaliśmy. Jednak nie miałam na tyle siły, aby się wyswobodzić raz a dobrze.
- Miało być normalnie. Musimy wracać do przeszłości?
- Ja widocznie nie potrafię inaczej. Potrafiłam kiedyś. Jak ślubowałam ci, że cie nie zostawię. I nie chciałam cie zostawić, dopóki nie pozostawiłeś mi wyboru. Oj. Wybacz. Nie pozostawiłeś wyboru nam. Mnie i sobie samemu. Nam. A później to wszystko załatwiłeś jednym gwoździem. Tym w sądzie. Nigdy więcej nie będę twoim śmieciem. Nigdy! - wypowiedziałam jednym tchem.
- Nigdy nie byłaś dla mnie śmieciem.
- Nie? A wtedy, kiedy siadałam obok ciebie każdego wieczora, a ty robiłeś wszystko, żeby się do mnie nie odezwać? A może wtedy, kiedy spałeś do mnie odwrócony plecami, albo bez słowa zmieniałeś miejsce spania z sypialni na salon?
- Mówiłem ci już, że po siedmiu latach nigdy nie przestaniesz być częścią mojego życia. Zrozum to!
- Rozumiem. Bo wiesz co? Ty też zawsze będziesz częścią mojego życia. Tylko niestety tą, która jest częścią najgorszą z najgorszych.
- Oliwia...
- Jesteś największym błędem mojego życia, Bartosz.
Zmroziłam go wzrokiem i weszłam do kancelarii Biernackiego. Gdzie poszedł i co zrobił, nie mam pojęcia, ale pierwsze co ja zrobiłam po tej rozmowie to nalot na toaletę i przetarcie twarzy chłodną wodą. Choć z podkładu została mi zapewne namiastka, wodoodporny tusz zdał egzamin na pięć z plusem. Drżącą dłonią przywitałam mojego przełożonego-ojca i zajęłam swoje miejsce pracy obok sekretarki. Zapoznałam się z nowym sprzętem, na którym będę pracować, a także z pozostałymi pracownikami. Niespodziewanie Biernacki zawołał mnie do siebie. Zamkną drzwi i usiadł na swoim biurku. Jakby co najmniej nie był prawnikiem. Przegryzł jabłko, popił sokiem pomarańczowym i w końcu wybił mnie z niewiedzy.
- A ten młody człowiek z dołu, to kto? - zaniemówiłam. Znamy się dobę. A on wyskakuje mi z pytaniem o moje prywatne sprawy. - Przepraszam, może nie powinienem pytać, ale lubię wiedzieć z kim mam pracować. Ogólnie zwierzamy się między sobą w tej kancelarii i nic poza nią nie wychodzi. Śmiało. Masz się czuć pewnie!
- W sumie to nikt ważny. - odparłam chłodno, ale Biernacki nie dawał za wygraną.
- Na pewno wszystko w porządku? O mało go tam nie zabiłaś.
- Nic nie jest w porządku. On łazi za mną, od kiedy wróciłam do Gdańska i nie chce się odczepić. Sieje ferment i jeszcze śmie się kłócić.
- Czekaj, czekaj. Skąd wróciłaś i kto to jest on? - jasne tato, ty przecież nie wiesz niczego.
- Mieszkałam rok w Gdyni. ale sytuacja w domu zmusiła mnie do powrotu.
- A czemu wyjechałaś? Wybacz, to nie moja sprawa, nie powinienem...
- W porządku. Ten gość od awantury to mój były mąż. Jestem po rozwodzie.
- Przepraszam ja...
- To ciężki temat. Kiedyś opowiem więcej.
- Potrzebujesz czegoś? Jeżeli chcesz to jako twój przełożony mogę mu zwrócić uwagę, aby nie przychodził...Rozumiem, że nie czujesz się komfortowo.
- Daje sobie radę. Spróbuję go sama wygonić.
- Gdyś potrzebowała wsparcia to coś wymyślimy. A na dobry początek mam parę dokumentów do przejrzenia. Do egzaminu kończącego twoją przygodę ze studiami będzie to dobre ćwiczenie.
I dostałam. Segregator grubości co najmniej pięciu centymetrów. A telefon nie dawał mi spokoju. Bartosz dobijał się wszelkimi sposobami, nawet mejlami. Próbowałam skupić się na pracy i odetchnęłam z ulgą, kiedy sterta uległa zmniejszeniu a wibracje komórki uspokoiły się. Zegarek szczęśliwie wskazywał godzinę osiemnastą. Większość prawników wyszła z biura uśmiechając się do mnie szczerze. Dobrze się tu czułam. Nawet tak dobrze, że funkcjonowanie z ojcem w jednej kancelarii wydało się nieco prostsze.
~*~
Pierwszy dzień pracy, a ja zostałam po godzinach. Biernacki rozprawiał nad czymś z klientem i wydawać by się mogło, że oprócz ich rozmowy nic nie zakłóciłoby względnego spokoju w kancelarii. Uprzątnęłam swoje stanowisko pracy i sięgnęłam po swoje rzeczy.
- Do jutra! - kiwnęłam Biernackiemu, ale kiedy zmierzałam do drzwi spotkałam się z Gawryszewskim. Upuściłam torbę, z której wypadły wszystkie rzeczy. Klient wyminął nas, a Biernacki stanął za moimi plecami z założonymi rękoma.
- Dlaczego ty mi nie chcesz dać nawet jednej szansy?!
- Bartosz, proszę cię wyjdź stąd!
- Jak nie porozmawiamy tutaj, to gdzie?! Znowu będzie tak jak wczoraj? Znowu dasz mi do zrozumienia, że mam wyjść?! Ja nie chcę cie stracić całkowicie.
Do moich oczu napłynęły łzy. Nie wytrzymałam. Uderzałam Bartosza pięściami w klatkę piersiową.
- Zniknij! Zniszczyłeś mi życie! Odejdź!
- A jemu?! Jemu chcesz dać szansę?! Zostawił cie! Dwadzieścia siedem lat miał cie gdzieś! Nie istniałaś dla niego wtedy, kiedy dorastałaś i kiedy wychodziłaś za mąż! I to się teraz nie liczy?!
Gawryszewski wziął głęboki oddech bo właśnie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Że spieprzył wszystko, z czego to ja będę się musiała wytłumaczyć. Biernacki stał jak wryty. Patrzył na mnie nie ruszając nawet ustami. Czas się zatrzymał. Strumień łez ponownie pojawił się na moich policzkach. Było mnie stać tylko na kilka słów. Odeszłam od zdezorientowanej dwójki stając przy futrynie, a spojrzenie skierowałam na ojca.
- Przepraszam. Przepraszam cię za to, że nie chciałam zostać sama. Przepraszam. Chciałam cie tylko znaleźć, tato.
- Do jutra! - kiwnęłam Biernackiemu, ale kiedy zmierzałam do drzwi spotkałam się z Gawryszewskim. Upuściłam torbę, z której wypadły wszystkie rzeczy. Klient wyminął nas, a Biernacki stanął za moimi plecami z założonymi rękoma.
- Dlaczego ty mi nie chcesz dać nawet jednej szansy?!
- Bartosz, proszę cię wyjdź stąd!
- Jak nie porozmawiamy tutaj, to gdzie?! Znowu będzie tak jak wczoraj? Znowu dasz mi do zrozumienia, że mam wyjść?! Ja nie chcę cie stracić całkowicie.
Do moich oczu napłynęły łzy. Nie wytrzymałam. Uderzałam Bartosza pięściami w klatkę piersiową.
- Zniknij! Zniszczyłeś mi życie! Odejdź!
- A jemu?! Jemu chcesz dać szansę?! Zostawił cie! Dwadzieścia siedem lat miał cie gdzieś! Nie istniałaś dla niego wtedy, kiedy dorastałaś i kiedy wychodziłaś za mąż! I to się teraz nie liczy?!
Gawryszewski wziął głęboki oddech bo właśnie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Że spieprzył wszystko, z czego to ja będę się musiała wytłumaczyć. Biernacki stał jak wryty. Patrzył na mnie nie ruszając nawet ustami. Czas się zatrzymał. Strumień łez ponownie pojawił się na moich policzkach. Było mnie stać tylko na kilka słów. Odeszłam od zdezorientowanej dwójki stając przy futrynie, a spojrzenie skierowałam na ojca.
- Przepraszam. Przepraszam cię za to, że nie chciałam zostać sama. Przepraszam. Chciałam cie tylko znaleźć, tato.
*
właściwie to. skończyłam szkołę. zajebiście. trzymać kciuki, żeby mi mózg nie wyparował od tej matury. i ogólnie to poprzedni rozdział uzupełniłam o soundtrack i cytat, bo jakoś tak zapomniałam. i słuchajcie tych piosenek, bo one mnie serio inspirują do pisania kolejnych rozdziałów. dziś krótko. jeszcze przed maturą na pewno coś będzie.
HALO, JESTEŚCIE TU?!
właściwie to. skończyłam szkołę. zajebiście. trzymać kciuki, żeby mi mózg nie wyparował od tej matury. i ogólnie to poprzedni rozdział uzupełniłam o soundtrack i cytat, bo jakoś tak zapomniałam. i słuchajcie tych piosenek, bo one mnie serio inspirują do pisania kolejnych rozdziałów. dziś krótko. jeszcze przed maturą na pewno coś będzie.
HALO, JESTEŚCIE TU?!

Odbiór, ja jestem.
OdpowiedzUsuńGawryszewski, przesadziłeś. Po co pchasz się tam, gdzie nie powinieneś? Po co wtrącasz się w coś co cię nie dotyczy? Zepsułeś wszystko. I uwierz, nie tędy droga by się z nią dogadać. Zupełnie nie tędy. Teraz chyba znienawidzi cię jeszcze bardziej. Ale jak dla mnie to zasłużyłeś.
Halo, jestem, halo, co to ma być. Gawryszewski to idiota, sialala. Jak każdy facet.
OdpowiedzUsuńAsdfghjklfnlanrbvhrbnsce wydało się! No nareszcie! Czekałam na ten przełomowy moment. Gawryszewskiego to bym jednak wysłała na Syberię za wtykanie nosa w nie swoje sprawy :D
OdpowiedzUsuńJESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM JESTEM, nie dramatyzuj :D
Usuń