''Ten most to moja wina. Czułem się zamknięty w klatce i postanowiłem odejść. Goniąc wolność, którą myślałem, że straciłem. Po prostu nie byłem gotów przyznać, że się myliłem, ale gdy posmakowałem nowego świata odkryłem, że klatka to miejsce, do którego należę.''
soundtrack
~*~
soundtrack
~*~
Szpitalne światła choć biły po oczach nie pozbawiły mnie widoku dwóch pielęgniarek i lekarza. Zamrugałam jeszcze kilka razy aby wyostrzyć obraz, co personel przyjął z entuzjazmem.
- Jak dobrze, że jest już pani z nami. Słyszymy się?
- Słyszymy, ale gdzie byłam wcześniej? -zapytałam marszcząc lekko brwi.
- Gdzie to nie wiem, ale była pani nieprzytomna. Kilkanaście godzin. Ogólnie dużo szczęścia po pani stronie, wstrząs mózgu, bark poza stawem i złamana kość udowa. Przez pierwsze tygodnie będzie ciężko, ale dojdzie pani do siebie.
- Czy zrobiłam coś komuś?
- Na szczęście nie, świadkowie zdarzenia zeznali, że od początku kierowała pani pojazd w stronę balustrad oddzielających drogę od zjazdu w pole i drzewa. Ale już po wszystkim. Proszę wypoczywać.
Doktor odwrócił się i wyszedł z sali, a z korytarza usłyszałam charakterystyczny głos proszący o możliwość wejścia. Gawryszewski delikatnie zapukał i wolnym krokiem zbliżył się do stołka stojącego obok mojego łóżka.
- Jechałem za tobą. - szepnął. - Jeżeli chciałaś zrobić mi na złość tym wypadkiem, to ci się to udało. O mały włos nie umarłem.
- Myślisz, że zrobiłam to celowo?
- Oświeć mnie.
- Nie chciałam tego zrobić. - odwróciłam głowę i przymknęłam powieki.
- Nieważne. Załatwiłem fizjoterapeutę. Kiedy wyjdziesz ze szpitala odpowiednio się tobą zajmie.
- Nie musiałeś tego robić.
- Ale chciałem.
- Nie musisz tu być...
- Ale chcę. - przerwał. - A resztę wyjaśnimy jak dojdziesz do siebie.
- Nie. Resztę wyjaśnimy teraz. O ile jest co wyjaśniać.
- Dobrze, ale w takim razie zrobię to najszybciej, jak to możliwe. Z Iwoną nie łączy mnie kompletnie nic. To ona sobie coś ubzdurała, że skoro my to przeszłość, to może z nią mi się powiedzie. Przyszedłem do niej bo dzwonił do mnie twój ojciec. Przemówiłem jej do rozumu i od razu pojechałem za tobą.
- Wiesz, że nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić? Przecież z niczego bym cie nie rozliczała. A może ty po prostu dałeś jej nadzieje kiedy byliśmy jeszcze małżeństwem?
Salę wypełniła niezręczna cisza. Chociaż widziałam Bartosza zmieszanego już nie raz. Przy temacie o zabawkach na śmietniku, przy świątecznej alkoholowej libacji i przy wybuchu szczerości w kancelarii ojca. Teraz było inaczej. Bo oprócz zmieszania w jego spojrzeniu widziałam wściekłość.
- Zapamiętaj sobie jedno. - zaczął. - Możesz mi zarzucić wszystko. Ale nigdy, przenigdy cie nie zdradziłem. Nawet nie patrzyłem na inne kobiety. Wszędzie i wszystko, co robiłem, robiłem sam, przez swoją głupotę bądź wszystko inne, ale nie przez kochankę. Nie obwiniaj mnie za to, czego nie zrobiłem. Rozumiesz? - przy ostatnim słowie podniósł głos.
- Chce zostać sama. - wyszeptałam, na co odwrócił się i udał w stronę drzwi zatrzymując się przed progiem. Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wypuszczeniem powietrza z płuc dał mi znak, że skapitulował.
- Jak dobrze, że jest już pani z nami. Słyszymy się?
- Słyszymy, ale gdzie byłam wcześniej? -zapytałam marszcząc lekko brwi.
- Gdzie to nie wiem, ale była pani nieprzytomna. Kilkanaście godzin. Ogólnie dużo szczęścia po pani stronie, wstrząs mózgu, bark poza stawem i złamana kość udowa. Przez pierwsze tygodnie będzie ciężko, ale dojdzie pani do siebie.
- Czy zrobiłam coś komuś?
- Na szczęście nie, świadkowie zdarzenia zeznali, że od początku kierowała pani pojazd w stronę balustrad oddzielających drogę od zjazdu w pole i drzewa. Ale już po wszystkim. Proszę wypoczywać.
Doktor odwrócił się i wyszedł z sali, a z korytarza usłyszałam charakterystyczny głos proszący o możliwość wejścia. Gawryszewski delikatnie zapukał i wolnym krokiem zbliżył się do stołka stojącego obok mojego łóżka.
- Jechałem za tobą. - szepnął. - Jeżeli chciałaś zrobić mi na złość tym wypadkiem, to ci się to udało. O mały włos nie umarłem.
- Myślisz, że zrobiłam to celowo?
- Oświeć mnie.
- Nie chciałam tego zrobić. - odwróciłam głowę i przymknęłam powieki.
- Nieważne. Załatwiłem fizjoterapeutę. Kiedy wyjdziesz ze szpitala odpowiednio się tobą zajmie.
- Nie musiałeś tego robić.
- Ale chciałem.
- Nie musisz tu być...
- Ale chcę. - przerwał. - A resztę wyjaśnimy jak dojdziesz do siebie.
- Nie. Resztę wyjaśnimy teraz. O ile jest co wyjaśniać.
- Dobrze, ale w takim razie zrobię to najszybciej, jak to możliwe. Z Iwoną nie łączy mnie kompletnie nic. To ona sobie coś ubzdurała, że skoro my to przeszłość, to może z nią mi się powiedzie. Przyszedłem do niej bo dzwonił do mnie twój ojciec. Przemówiłem jej do rozumu i od razu pojechałem za tobą.
- Wiesz, że nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić? Przecież z niczego bym cie nie rozliczała. A może ty po prostu dałeś jej nadzieje kiedy byliśmy jeszcze małżeństwem?
Salę wypełniła niezręczna cisza. Chociaż widziałam Bartosza zmieszanego już nie raz. Przy temacie o zabawkach na śmietniku, przy świątecznej alkoholowej libacji i przy wybuchu szczerości w kancelarii ojca. Teraz było inaczej. Bo oprócz zmieszania w jego spojrzeniu widziałam wściekłość.
- Zapamiętaj sobie jedno. - zaczął. - Możesz mi zarzucić wszystko. Ale nigdy, przenigdy cie nie zdradziłem. Nawet nie patrzyłem na inne kobiety. Wszędzie i wszystko, co robiłem, robiłem sam, przez swoją głupotę bądź wszystko inne, ale nie przez kochankę. Nie obwiniaj mnie za to, czego nie zrobiłem. Rozumiesz? - przy ostatnim słowie podniósł głos.
- Chce zostać sama. - wyszeptałam, na co odwrócił się i udał w stronę drzwi zatrzymując się przed progiem. Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wypuszczeniem powietrza z płuc dał mi znak, że skapitulował.
~*~
Minął tydzień. Ojciec bywał u mnie codziennie po pracy, a Bartosz był w Rzeszowie. Nasz kontakt ograniczył się do telefonicznego. Jednak ewidentnie coś było nie tak. Od naszej rozmowy w szpitalu Gawryszewski stał się oschły, nazbyt służbowy i choć przez dwa dni nie miałam z tym najmniejszego problemu, zaczęły mną targać wyrzuty sumienia. Bo zachowałam się nie w porządku. Doskonale wiedziałam, że Bartosz mnie nie zdradził, a już na pewno nie z Iwką. Tylko na co ja liczyłam snując te nieprawdziwe oskarżenia? W sumie to jego postawa wobec mnie przestała już dziwić. I muszę zrobić coś, czego nie chcę i czego nienawidzę, bo tak ciężko mi się przyznawać do błędów. Z resztą jemu też. To nas łączyło. Muszę przeprosić.
~*~
''Bo czy ty wiesz chociaż, ile cierpienia jest w tobie? Może tyle, ile we mnie za tobą tęsknoty. Może jedno jest nasze cierpienie, a nie wiemy o tym. Może to ty jesteś moją pamięcią i niepamięcią. I wszystkim, co tylko czuję przez ciebie. Wszystkim, co w ogóle czuję"
O tym, że wychodzę ze szpitala nie powiedziałam nikomu. Ojciec miał ważne spotkanie i choć prosił, abym zadzwoniła kiedy będę go potrzebować, po prostu tego nie zrobiłam. Bartosz trenował już w Gdańsku i doskonale wiedziałam którego dnia wrócił z Rzeszowa. Pod szpitalem był przystanek, więc jadąc autobusem miejskim sama skazałam się na jeszcze większy ból mojego ciała, niż sobie wyobrażałam. Jakiś miły człowiek pomógł mi wnieść do autokaru torbę, a kiedy zasygnalizowałam próbą schylenia się po rzeczy, że chce wysiąść, ten sam mężczyzna wyniósł moje manatki łącznie z kulą na zewnątrz. Wkręciłam mu, że za chwilę ktoś po mnie przyjedzie i nie musi odtransportować mnie do domu. Głęboki wdech, pochylenie się po torbę i umieszczenie jej w zgięciu łokcia, a następnie wzięcie kuli tą samą ręką i umieszczenie jej w odpowiedni sposób. Wyglądałam śmiesznie i zdawałam sobie z tego sprawę, ale wybity bark bolał coraz bardziej, a zdrowa, na szczęście tylko zadrapana noga nie dawała rady utrzymać niemalże całego ciała. Po zrobieniu kilku kroków wszystko łącznie ze mną wylądowało na ziemi. Wprost pod nogi Bartosza. No masz. Teraz się zacznie. Ale moja pani Duma jak zwykle wzięła górę i kiedy przystanął w bezruchu aby przyjrzeć się poszkodowanej, a byłam nią ja, po prostu go zignorowałam. Zasapał nerwowo i wyminął mnie. Czerwone światło na przejściu dla pieszych zmusiło go do spoczynku. Może czekał na słowa z moich ust, które zachęcą go do minimalnej pomocy? Nie wiem, ale ból barku zmusił mnie to wypiszczenia prośby.
- Bartosz.. Mógłbyś podnieść mi torbę? Proszę. - ostatnie słowo powiedziałam najciszej jak mogę, ale na reakcję nie czekałam długo. Przybiegł natychmiastowo.
- I tak bym się wrócił. - powiedział i podniósł mnie razem z bagażem i kulą, zanosząc do klatki na pierwsze piętro mieszkania, w którym kiedyś mieszkaliśmy wspólnie.
- Dziękuję. - odpowiedziałam, kiedy pod nogami poczułam grunt.
- Przestań zachowywać się jak dziecko, bo prośba o pomoc nie urazi twojej dumy. Siła człowieka nie objawia się tym, że po wypadku samochodowym z połamanymi kończynami wychodzi się ze szpitala nie mówiąc nic nikomu, ale tym, że kiedy jest źle potrafi się poprosić o pomoc.
Staliśmy w pozycji bliżej nieokreślonej dla naszej relacji. On patrzył na mnie zmęczonymi swoim ciężkim trybem życia oczami, a ja próbowałam wyłapać coś w jego spojrzeniu, czyniąc tak samo jak on. I nie mam pojęcia co jest w jego oczach. Chyba jakiś wyrzut, albo coś w tym stylu. W każdym razie coś niedobrego. Naszemu wpatrywaniu się w siebie nie przeszkodziło nawet wejście mojego ojca, który chyba mocno się zdziwił.
- Znalazłem ją pod klatką schodową jak leżała na swoich rzeczach. - wkopał mnie zdenerwowany Bartosz.
- Oliwia to było bardzo głupie, wiesz o tym?
Czułam się jak malutka dziewczyna, którą rodzice upominają za jakiś szczeniacki wybryk. Pozostało mi usiąść na kanapie bez słowa.
- Na mnie już pora. Do widzenia panu.
- Do widzenia.
Panowie pożegnali się oschle i od razu wiedziałam, że się nie polubili. Bo tak naprawdę i jeden i drugi mają powody.
- Chcesz, żeby tu przychodził?
- Muszę go przeprosić. Poza tym uratował mi życie. I tyłek przed policją. Zeznał, że od początku kierowałam się w barierkę, a tak naprawdę to początkowo jechałam na czołówkę nie swoim pasem. Dopiero później odbiłam w bok.
- Oliwka, co ty najlepszego chciałaś zrobić? - zapytał głosem pełnym litości i współczucia Biernacki.
- Byłam zdenerwowana. Jak zobaczyłam jego... I ją. Jak on do niej idzie i jak patrzy na mnie, kiedy siedzę w aucie i odjeżdżam.
- A za co masz go przepraszać?
- Bo go oskarżyłam o zdradę, której nigdy wcześniej się nie dopuścił. Z resztą teraz też nie, bo jego z Iwoną nic nie łączy.
- Wierzysz mu?
- Nie wiem! Bo niby po co by przychodził i mi się tłumaczył, jeżeli jesteśmy rok po rozwodzie?
- Może ci powie, kiedyś... - raczej stwierdził niż zapytał.
- Muszę go przeprosić. - uniosłam w górę wzrok i popatrzyłam na ojca.
- Więc do niego zadzwoń i poproś, żeby wrócił. - Biernacki wyprostował się i podał mi komórkę. - Bo inaczej ja to zrobię.
- Dlaczego mnie do tego namawiasz?
- Zadzwoń. - powtórzył i klepiąc mnie po ramieniu udał się w stronę wyjścia. - Przyjadę jutro.
- Przecież nie musisz iść.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz.
Zanim odblokowałam telefon minęło dobre dziesięć minut.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz. - powtórzyłam sama do siebie i w końcu wykonałam połączenie. Choć Bartosz odebrał, milczał.
- Bo jeżeli chcesz, to możesz przyjść.
Boże, Oliwia! Jakie to było głupie. Głupia Ty.
- A stało się coś? - zapytał zdziwiony.
Zabrakło mi słów. Teraz to ja milczałam. Bo co miałam powiedzieć? Że co?
- Za chwilę przyjdę. - odrzekł krótko i tyle było z naszej rozmowy.
I przyszedł. Za jakieś piętnaście minut. Opatulony szalikiem, z skórzanych rękawiczkach i puchowej kurtce. Tej sprzed paru lat, którą mu kupiłam. Zdjął buty i rozglądnął się po pokoju, jakby czegoś szukał.
- Zmieniłaś zasłony. - błysnął niczym choinkowe światełko z salonowego kąta, bo ciągle był styczeń i okres tuż po Bożym Narodzeniu.
- Bartek, przepraszam cie.
- O. - skwitował krótko, ale chyba się zdziwił.
- Ja wiem. Ja wiem, że ty nigdy... No że nikogo nie miałeś. Właściwie to ja nawet nie powinnam się wtrącać do ciebie i Iwki i ...
- Czekaj, czekaj. Stop, Oliwia. - przerwał i usiadł obok mnie na sofie. - Nie ma Iwony. Nigdy nic od niej nie chciałem.
- Ale ja wiem. - patrzyłam na niego bez skrępowania. Byliśmy tak blisko pierwszy raz od roku. Żadne nie odezwało się przez dłuższą chwilę.
- Wiesz co? Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. Że usiądziemy na tej kanapie przy herbacie i talerzu z ciastkami rozmawiając o wszystkich ważnych i mniej ważnych sprawach, jakie nam się przytrafiły w ostatnim czasie. Mam nadzieje, że będziesz na tyle otwarta, że mi się zwierzysz i będę mógł ci doradzić na tyle, na ile będę mógł. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to, że nie mogłem ci dać tego domu z ogrodem pełnym malin, które tak uwielbiasz i tego psa, bo przecież ty kochasz psy. Że nie mogłem ci dać tych wszystkich wspólnych poranków, bo w sezonie zwiedzam każdy zakątek Polski. Po prostu na mnie nie zasłużyłaś i dlatego odszedłem. Chciałem dać ci takie życie, na jakie zasłużyłaś, ale wiedziałem, że to nie ja będę trwał obok ciebie. Wybacz mi, że chciałem twojego szczęścia, bo jesteś wspaniała i na nie zasługujesz. A ja zburzył bym ci ten twój światopogląd i wszystkie plany. Przepraszam, że nie potrafiłem się zmienić.
- Gdzie idziesz? - szepnęłam, kiedy wstał i ubrał się z powrotem.
- Nie wiem. Idę kolejny raz uświadomić sobie jak marnie postąpiłem nie walcząc. Obiecałem ci, że zniknę kiedy tylko dojdziesz do siebie. Spełniam twoją prośbę, bo przecież wiem, jak bardzo chciałaś żebym się już nigdy nie pojawił w twoim życiu.
Nie zatrzymywałam go. Wraz z zamknięciem się drzwi wejściowych po policzkach pociekły mi łzy. W głowie miałam mętlik, a serce waliło mi jak dzwon. Bo ja przecież niczego nie chciałam. Przeżyłabym bez domu z ogrodem, bez psa, bez tych pierdolonych malin i wspólnych poranków siedem razy w tygodniu. Dlaczego to wszystko musiało się tak potoczyć i dlaczego powód naszego rozwodu był właśnie taki? Co czuje Bartosz po tym wszystkim, co powiedział i gdzie on w ogóle jest? Gdzie poszedł? I dlaczego pojawił się drugi raz po to, żeby drugi raz mnie zostawić z tym wszystkim, co wróciło? Bo miało co wrócić. Wrócił kawał wspólnego życia, kawał wspólnej historii. I to było dla mnie ewidentnie za dużo. Zadzwoniłam po ojca, aby zabrał mnie do mieszkania wynajmowanego przez Piotrka Gacka. Bo Gato musiał wiedzieć, gdzie jest Bartek. Przecież się odwiedzali. Po kilkunastu minutach Gacek zszedł w dół w piżamie i zimowej kurtce, abym nie musiała fatygować się i obolała wchodzić po schodach.
- Ty wiesz. Ty wiesz gdzie jest Bartosz...
- No... W domu.
- Gdzie on mieszka?
- A. Zacznijmy od tego. Dobrze. Dwa bloki od ciebie. Pod dwunastką w dziesiątce. Myślałam, że się domyśliłaś... Przecież twoja mama wiedziała...
- Yhym. - mruknęłam do siebie. - No nie wiedziałam.
- Ale nie możesz do niego zadzwonić?
- Nie mów mu ani słowa. On nie może wiedzieć, że tu byłam.
- Co wy znowu kombinujecie? Oliwia, do jasnej anielki! Porozmawiajcie w końcu jak dorośli ludzie! Proszę was.
- Myślę, że czas najwyższy to zrobić.
- Bartosz.. Mógłbyś podnieść mi torbę? Proszę. - ostatnie słowo powiedziałam najciszej jak mogę, ale na reakcję nie czekałam długo. Przybiegł natychmiastowo.
- I tak bym się wrócił. - powiedział i podniósł mnie razem z bagażem i kulą, zanosząc do klatki na pierwsze piętro mieszkania, w którym kiedyś mieszkaliśmy wspólnie.
- Dziękuję. - odpowiedziałam, kiedy pod nogami poczułam grunt.
- Przestań zachowywać się jak dziecko, bo prośba o pomoc nie urazi twojej dumy. Siła człowieka nie objawia się tym, że po wypadku samochodowym z połamanymi kończynami wychodzi się ze szpitala nie mówiąc nic nikomu, ale tym, że kiedy jest źle potrafi się poprosić o pomoc.
Staliśmy w pozycji bliżej nieokreślonej dla naszej relacji. On patrzył na mnie zmęczonymi swoim ciężkim trybem życia oczami, a ja próbowałam wyłapać coś w jego spojrzeniu, czyniąc tak samo jak on. I nie mam pojęcia co jest w jego oczach. Chyba jakiś wyrzut, albo coś w tym stylu. W każdym razie coś niedobrego. Naszemu wpatrywaniu się w siebie nie przeszkodziło nawet wejście mojego ojca, który chyba mocno się zdziwił.
- Znalazłem ją pod klatką schodową jak leżała na swoich rzeczach. - wkopał mnie zdenerwowany Bartosz.
- Oliwia to było bardzo głupie, wiesz o tym?
Czułam się jak malutka dziewczyna, którą rodzice upominają za jakiś szczeniacki wybryk. Pozostało mi usiąść na kanapie bez słowa.
- Na mnie już pora. Do widzenia panu.
- Do widzenia.
Panowie pożegnali się oschle i od razu wiedziałam, że się nie polubili. Bo tak naprawdę i jeden i drugi mają powody.
- Chcesz, żeby tu przychodził?
- Muszę go przeprosić. Poza tym uratował mi życie. I tyłek przed policją. Zeznał, że od początku kierowałam się w barierkę, a tak naprawdę to początkowo jechałam na czołówkę nie swoim pasem. Dopiero później odbiłam w bok.
- Oliwka, co ty najlepszego chciałaś zrobić? - zapytał głosem pełnym litości i współczucia Biernacki.
- Byłam zdenerwowana. Jak zobaczyłam jego... I ją. Jak on do niej idzie i jak patrzy na mnie, kiedy siedzę w aucie i odjeżdżam.
- A za co masz go przepraszać?
- Bo go oskarżyłam o zdradę, której nigdy wcześniej się nie dopuścił. Z resztą teraz też nie, bo jego z Iwoną nic nie łączy.
- Wierzysz mu?
- Nie wiem! Bo niby po co by przychodził i mi się tłumaczył, jeżeli jesteśmy rok po rozwodzie?
- Może ci powie, kiedyś... - raczej stwierdził niż zapytał.
- Muszę go przeprosić. - uniosłam w górę wzrok i popatrzyłam na ojca.
- Więc do niego zadzwoń i poproś, żeby wrócił. - Biernacki wyprostował się i podał mi komórkę. - Bo inaczej ja to zrobię.
- Dlaczego mnie do tego namawiasz?
- Zadzwoń. - powtórzył i klepiąc mnie po ramieniu udał się w stronę wyjścia. - Przyjadę jutro.
- Przecież nie musisz iść.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz.
Zanim odblokowałam telefon minęło dobre dziesięć minut.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz. - powtórzyłam sama do siebie i w końcu wykonałam połączenie. Choć Bartosz odebrał, milczał.
- Bo jeżeli chcesz, to możesz przyjść.
Boże, Oliwia! Jakie to było głupie. Głupia Ty.
- A stało się coś? - zapytał zdziwiony.
Zabrakło mi słów. Teraz to ja milczałam. Bo co miałam powiedzieć? Że co?
- Za chwilę przyjdę. - odrzekł krótko i tyle było z naszej rozmowy.
I przyszedł. Za jakieś piętnaście minut. Opatulony szalikiem, z skórzanych rękawiczkach i puchowej kurtce. Tej sprzed paru lat, którą mu kupiłam. Zdjął buty i rozglądnął się po pokoju, jakby czegoś szukał.
- Zmieniłaś zasłony. - błysnął niczym choinkowe światełko z salonowego kąta, bo ciągle był styczeń i okres tuż po Bożym Narodzeniu.
- Bartek, przepraszam cie.
- O. - skwitował krótko, ale chyba się zdziwił.
- Ja wiem. Ja wiem, że ty nigdy... No że nikogo nie miałeś. Właściwie to ja nawet nie powinnam się wtrącać do ciebie i Iwki i ...
- Czekaj, czekaj. Stop, Oliwia. - przerwał i usiadł obok mnie na sofie. - Nie ma Iwony. Nigdy nic od niej nie chciałem.
- Ale ja wiem. - patrzyłam na niego bez skrępowania. Byliśmy tak blisko pierwszy raz od roku. Żadne nie odezwało się przez dłuższą chwilę.
- Wiesz co? Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. Że usiądziemy na tej kanapie przy herbacie i talerzu z ciastkami rozmawiając o wszystkich ważnych i mniej ważnych sprawach, jakie nam się przytrafiły w ostatnim czasie. Mam nadzieje, że będziesz na tyle otwarta, że mi się zwierzysz i będę mógł ci doradzić na tyle, na ile będę mógł. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to, że nie mogłem ci dać tego domu z ogrodem pełnym malin, które tak uwielbiasz i tego psa, bo przecież ty kochasz psy. Że nie mogłem ci dać tych wszystkich wspólnych poranków, bo w sezonie zwiedzam każdy zakątek Polski. Po prostu na mnie nie zasłużyłaś i dlatego odszedłem. Chciałem dać ci takie życie, na jakie zasłużyłaś, ale wiedziałem, że to nie ja będę trwał obok ciebie. Wybacz mi, że chciałem twojego szczęścia, bo jesteś wspaniała i na nie zasługujesz. A ja zburzył bym ci ten twój światopogląd i wszystkie plany. Przepraszam, że nie potrafiłem się zmienić.
- Gdzie idziesz? - szepnęłam, kiedy wstał i ubrał się z powrotem.
- Nie wiem. Idę kolejny raz uświadomić sobie jak marnie postąpiłem nie walcząc. Obiecałem ci, że zniknę kiedy tylko dojdziesz do siebie. Spełniam twoją prośbę, bo przecież wiem, jak bardzo chciałaś żebym się już nigdy nie pojawił w twoim życiu.
Nie zatrzymywałam go. Wraz z zamknięciem się drzwi wejściowych po policzkach pociekły mi łzy. W głowie miałam mętlik, a serce waliło mi jak dzwon. Bo ja przecież niczego nie chciałam. Przeżyłabym bez domu z ogrodem, bez psa, bez tych pierdolonych malin i wspólnych poranków siedem razy w tygodniu. Dlaczego to wszystko musiało się tak potoczyć i dlaczego powód naszego rozwodu był właśnie taki? Co czuje Bartosz po tym wszystkim, co powiedział i gdzie on w ogóle jest? Gdzie poszedł? I dlaczego pojawił się drugi raz po to, żeby drugi raz mnie zostawić z tym wszystkim, co wróciło? Bo miało co wrócić. Wrócił kawał wspólnego życia, kawał wspólnej historii. I to było dla mnie ewidentnie za dużo. Zadzwoniłam po ojca, aby zabrał mnie do mieszkania wynajmowanego przez Piotrka Gacka. Bo Gato musiał wiedzieć, gdzie jest Bartek. Przecież się odwiedzali. Po kilkunastu minutach Gacek zszedł w dół w piżamie i zimowej kurtce, abym nie musiała fatygować się i obolała wchodzić po schodach.
- Ty wiesz. Ty wiesz gdzie jest Bartosz...
- No... W domu.
- Gdzie on mieszka?
- A. Zacznijmy od tego. Dobrze. Dwa bloki od ciebie. Pod dwunastką w dziesiątce. Myślałam, że się domyśliłaś... Przecież twoja mama wiedziała...
- Yhym. - mruknęłam do siebie. - No nie wiedziałam.
- Ale nie możesz do niego zadzwonić?
- Nie mów mu ani słowa. On nie może wiedzieć, że tu byłam.
- Co wy znowu kombinujecie? Oliwia, do jasnej anielki! Porozmawiajcie w końcu jak dorośli ludzie! Proszę was.
- Myślę, że czas najwyższy to zrobić.
*
o mateńko kiedy ja tu byłam. już bym zdążyła drugi raz wrócić. albo trzeci.. a tak to obiecałam i nie dotrzymałam słowa. przepraszam. więc teraz już nie obiecuje, ale czuwajcie.
o mateńko kiedy ja tu byłam. już bym zdążyła drugi raz wrócić. albo trzeci.. a tak to obiecałam i nie dotrzymałam słowa. przepraszam. więc teraz już nie obiecuje, ale czuwajcie.

