piątek, 22 maja 2015

Rozdział 6 - Czasem lepiej było po prostu odpuścić.

Trzymamy tę miłość na fotografii. Stworzyliśmy te wspomnienia dla siebie samych, gdzie nasze oczy nigdy się nie zamykają, nasze serca nigdy nie były złamane i czas jest na zawsze zamrożony, bez przerwy.  Więc możesz trzymać mnie wewnątrz kieszeni  Twoich podartych dżinsów. Trzymać mnie blisko.




*
Kiedy Bartosz prawdopodobnie całkowicie przypadkiem przyznał się do swojej nowej miłości coś we mnie pękło. Było mi obojętne jego życie i on sam, ale łzy polały się potokiem.
- Doprawdy nie rozumiem ciebie i twojego załamania.
- Jasne. To nie ty się rozwiodłaś, nie ty straciłaś matkę i nie ty nie znasz swojego ojca. 
- Ale Gawryszewski to przeszłość. Jego już nie ma.
- No tak, nie ma. Dość już przez niego płakałam. To chodzi o ogół.
Iwona nadal patrzyła na mnie jak na wariatkę, ale z ręką na sercu -  nowa sympatia Bartosza była mi na rękę. Miałam pewność, że skoro kogoś ma to nie chce ze mną być, a nasz kontakt może być czysto koleżeński. I jest tak, jak mówi i tak, jak chce. Owszem, najlepiej byłoby całkowicie odciąć się od Gawryszewskiego i szarej rzeczywistości. Wyjechać daleko i oswoić się z wieloma sprawami. Niestety musiałam zając się sprzedażą mieszkania mamy i odczytem testamentu o jakim dowiedziałam się po jej śmierci. Ewentualną przeprowadzkę muszę przesunąć w czasie. Spokoju potrzebowałam desperacko i rozważyłam nawet pojednanie z byłym mężem, do którego jak sobie obiecałam, nigdy nie miało dojść. Jednak czy jest sens niedługo uciekać? Czy jest sens pozostawienia Gdańska ponownie? Co powiem sobie samej za kilkanaście lat? Że uciekłam drugi raz, bo ten idiota kolejny raz dał mi się we znaki? Ja nie mogłam pozwolić na to, żeby Bartosz miał stuprocentową satysfakcję z tego, że plan pogodzenia się ze mną wypalił. Było trochę inaczej. To ja chciałam zapomnieć o tym, co mi zrobił powodując tym samym, że zaczną targać nim wyrzuty sumienia, bo to co teraz nim targa, jest wątpliwe. Chciałam przede wszystkim znowu być tą 'siłaczką'. Siedziałam przed Iwoną i wzrokiem błądziłam po stole. Mówiła do mnie.  O moim nieodpowiedzialnym, świątecznym zachowaniu?  Nie słuchałam. Ukradkiem patrzyłam na to jak wygląda. Promieniała. Chociaż się nie uśmiechała, było to widać. Zadbana i śliczna. Miała dla kogo. Pozazdrościłam jej tego jak kobieta kobiecie całkowicie odsuwając na bok nasza przyjaźń. Ja potrafiłam dla pokazania buntu zmienić tylko fryzurę. Sytuacja z Bartoszem stała się klarowna. Zaczął od nowa. Więc ja tez muszę.
- Słuchałaś mnie?
- Jasne. - odrzekłam potrząsając głową.
- Czyli co? Godzisz się z Bartkiem...
- Bartoszem. - przerwałam.
- Bartoszem, wybacz. Zaczynacie zachowywać się jak cywilizowane pary? Dla świętego spokoju chyba jesteś w stanie to zrobić.
- Jeżeli dzięki temu będę miała dostęp do niego, aby się zemścić...
- Poznaj kogoś.
-  Żartujesz sobie ze mnie?
- A czy ja wyglądam teraz na osobę, która żartuje?
Wstałam i ułożyłam ręce na biodrach, a głowę upuściłam. Wzięłam głęboki wdech. Nie. To nie był dobry pomysł. To był pomysł najgorszy z możliwych.
- Nie, Iwona.
- Twoja mama by tego chciała. Ona by chciała żebyś znowu była szczęśliwa. - szepnęła niepewnie moja przyjaciółka.
- Moja mama gdyby wiedziała o wszystkim, co działo się między mną a Bartoszem... Umarłaby szybciej na zawał i wątpię, że nie miałaby wątpliwości co do mojego drugiego kandydata.



*

Przysięgam, że zrobi się prościej, 
Pamiętaj to z każdym kawałkiem siebie
I to jest jedyna rzecz jaką możemy wziąć ze sobą umierając



Aby opisać moje małżeństwo należało je podzielić na dwa etapy przypominające dwie skrajności. Pierwsze trzy i pół roku sielanki, drugie - koszmaru. O wszystkim wiedziała tylko Iwona. Mama w mniejszym stopniu. Niektóre fakty wolałam pominąć, bo widziałam, że i tak cierpi. To wszystko spadło na nas tak nagle... Jej choroba, mój rozwód i ogólnie mówiąc zmierzenie się z brutalną rzeczywistością. Obydwie cierpiałyśmy podwójnie, a może i potrójnie. Ja przez Bartosza, przez jej chorobę i przez świadomość, że w każdej chwili mogę zostać całkowicie sama. Mama podobnie. Chciała być przy mnie, choć zdrowie nie pozwalało, a jej serce rozrywało się na miliony kawałków, kiedy bezsilna przychodziłam do jej mieszkania ze swoimi rzeczami i w cienkim swetrze siedziałam do rana na balkonie wypalając papierosa jednego za drugim. Stała wtedy przy futrynie i wielokrotnie powtarzała, że choć się boi, obiecuje mi, że dopóki będzie mogła, stanie za mną murem. Wiele rzeczy było jednak szokiem, bo Bartosz był przecież idealny. Idealny zięć, idealny przyszły ojciec jej wnuków, idealny partner życiowy jej jedynej córki. Tylko kiedy ideały sięgają dna z wielkim hukiem, pozostaje coś w rodzaju ciągłego niedowierzania. I tak było również w tym przypadku. Upadek Bartosza nie oznaczał tego, że wpadł w złe towarzystwo, w alkoholizm lub jakiś inny nałóg. Wręcz przeciwnie. Jego upadkiem było zimne, lodowate serce względem mnie. Bo ja przecież nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż do trzeciej w nocy. I dlaczego nie chce ze mną spać. Zastanawiało mnie też dlaczego nie cieszy się z moich sukcesów, skoro ja niemal piszczałam z radości na każdym meczu po zdobytym przez niego punkcie. Coś pękło. Ewidentnie od trzech i pół roku małżeństwa kończyła się era wspólnego pożycia. Drogi rozchodziły się coraz częściej. Tylko ja czekałam na telefon z Podkarpacia po meczu z Resovią. On nawet nie wiedział, że ma dzwonić. A kiedy spotykałam kolegów z drużyny na mieście i pytali mnie o jakiś fakt z życia Bartosza, o którym nie wiedziałam, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo było mi wstyd. Ja, jako żona dowiadywałam się od obcych mi w zasadzie osób o życiu mojego męża. A co myśleli zawodnicy? Że to jest jakaś kompletna paranoja? Zapewne tak. Stawiając się w sytuacji na przykład biednego Troya, bo to na niego zawsze trafiało - to pod apteką, to pod drogerią, na dwieście procent pomyślałabym sobie, że co to za małżeństwo, w którym mąż z żoną są dla siebie obcy. Dosłownie. W momencie rozwodu zdałam sobie sprawę z tego, że za to, co robił mi Bartosz i jak niszczył mnie i moje uczucia nie powinnam kochać go nawet za przeszłość. Musiałam zakumplować się z nienawiścią, bo tak było wygodniej wrócić do świata żywych i zacząć ogarniać swoje życie od zera. Ale problem pojawił się znowu. Od spotkania pod sklepem, do śmierci mamy i kończąc na dniu dzisiejszym, na Bożym Narodzeniu, kiedy to przed piętnastoma minutami Bartosz wstał, przywitał się z Iwoną i wyszedł machając na pożegnanie. Być może od dziś mój problem w końcu dobiegnie końca. Nowa miłość mojego byłego męża jest również dla mnie, gwarantem spokoju. Bo ja już do niego nigdy nie wrócę. 



*

Odczyt testamentu miał być tylko poświąteczną formalnością. Wydawało mi się, że o wszystkim, co jest w nim zawarte wiedziałam. Niestety, gdyby tak zliczyć to była to milionowa życiowa pomyłka. Krzyczałam w myślach do mamy, dlaczego nie powiedziała mi, że wszystkie listy taty, niekoniecznie kartki świąteczne, były wysyłane średnio raz w miesiącu, a ona chowała je w piwnicy. W starej komodzie. Było ich setki. Może tysiące? Trudno zliczyć, ale wnosiłam je do bagażnika swojego samochodu w trzech reklamówkach. Rozsypałam na dywanie i kiedy odklejałam pierwszą kopertę. Usłyszałam ciche pukanie. Byłam pewna, że to Bartosz. Bo kto inny mógł mnie nachodzić? Było mi to obojętne, skoro jego intencją nie kierowała miłość. I tu nagle druga pomyłka dzisiejszego dnia. Garnitur, czarna aktówka, jakby wracał z kancelarii. Jan Biernacki. Jakby wyczuł, że dziś dowiedziałam się całej prawdy. Bez słowa wpuściłam go do środka i wróciłam do pozycji siedzącej na dywanie z listem w rękach.
- Już wiesz, że to nie było tak, że ja nie chciałem. To ona nie chciała, żebym był obok. Kiedy mnie widziała w parku, jak szedłem z zabawką dla ciebie to uciekała, a w listach groziła policją. Kazała mi się trzymać od ciebie z daleka. Nie chciała mi wybaczyć. Dla niej trzy lata rozłąki i tego, co jej tym wyrządziłem, to było za dużo. Godziła się tylko na pisemną formę kontaktu, jednak nigdy nie pisała mi całej prawdy. Oliwia, ja nawet nie wiedziałem, że miałaś męża, że się rozwiodłaś... Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że ona miała raka.
- To dlaczego o mnie nie walczyłeś?
- Bo mi było wstyd. Twoja matka mówiła, że jeżeli się pojawię to sprawię ci ból. A ja przecież tego nie chciałem. I czasem lepiej było po prostu odpuścić.
- A mnie mówiła, że ty tylko w świątecznych kartkach byłeś obecny.
Usiadł obok mnie na dywanie i wziął przypadkową kopertę wskazując palcem na datę zapisaną w prawym górnym rogu.
- Pamiętasz ten czas? - podał mi kartkę, którą przeczytałam. Mama wspominała tam ojcu o moich problemach na uczelni, ale tylko w jednym zdaniu, w kilku słowach.
- Pamiętam. Studiowałam wtedy w Warszawie. Wyleciałam z uczelni. Miałam w dupie naukę. Dopiero jak wróciłam na pomorze i poznałam Bartosza to ponownie nabrałam ochoty na studia.
- Widzisz, wszyscy popełnialiśmy błędy. Ale jestem świadomy tego, że nie wszystko da się wybaczyć.
- Ale ja ci wybaczę. Tylko nie spieprz tego tak, jak dwadzieścia siedem lat temu. Doprawdy, nie wiem dlaczego, ale ja naprawdę chce dać ci szansę. Chcę mieć ojca.
- Ja byłem cały czas. W cieniu, ale byłem. I o tobie nigdy nie zapomniałem.
- A masz kogoś? Masz dzieci? 

- Mam. A właściwie miałem. Żonę i dwójkę dzieci. Rozwiodłem się, ale od początku wszyscy wiedzieli o mojej przeszłości. Nie kochałem ich matki. Kochałem ciągle twoją.
- A ile mają lat? Kim są? Co robią?
- Córka dwadzieścia, syn dwadzieścia dwa. Studiują prawo, bo co innego?
- Dlaczego musiało tak być?
- Bo może nigdy w swoim życiu bym się do tego nie przyznał. 

- Do czego?
- Do tego, że coś schrzaniłem.


*
Wybaczenie mogło się wydawać zbyt abstrakcyjne i niewyobrażalnie trudne do zrobienia. Ale coś w środku podpowiadało mi, że to może być początek czegoś naprawdę pięknego. Jakiejś pięknej relacji zbudowanej na błędach i cierpieniu, wyrzeczeniach i tęsknocie za normalnością. Być może była to szansa na dostanie od życia rodzica i wyeliminowanie samotności, którą czuliśmy obydwoje. Przede wszystkim dostałam od losu szansę podjęcia nauki przebaczania i uczenia się od nowa tego, czego uczą się dzieci od najmłodszych lat. Maluchy od początku budują swój świat oparty na tacie i mamie, jednak mnie przyszło zmierzyć się z czymś znacznie trudniejszym. Musiałam ułożyć wszystkie klocki biorąc pod uwagę tylko mamę, a następnie zburzyć to, co udało mi się stworzyć i zacząć budować od nowa z inną osobą - drugim rodzicem, który również i mnie musiał się nauczyć. Musiał mnie poznać, wyłapać wspólny język i przede wszystkim wspólne cechy, które oprócz wyglądu na pewno się znajdą. Każde z nas rozpoczęło zmianę związaną z pojawieniem się w życiu kolejnej ważnej osoby, która być może wywróci jakieś sfery do góry nogami bądź przeobrazi hierarchię wartości w inną. Być może relacja z ojcem spróbuje przekonać mnie do Bartosza jako do lepszego człowieka, niekoniecznie mojego męża, ale dobrego znajomego, który mimo wszystko zna mnie doskonale. 



*

Skończyłam matury. mam wolne. dużo wolnego. napisałam ten rozdział  tak na przełamanie. Co by wejść od nowa w rytm pisania. ale tak. Zgodnie z planem jest już Janek... Bartosz też będzie. I będzie go duuuużo. Jesteście?

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 5 - Ale przecież łączy nas przeszłość.

Jeśli chcesz możesz przyjść, kupić wino, zostać na noc. Nie przytulę Cię, potem odwrócę, rzucę- 'dobranoc'. Jeśli chcesz możesz przyjść, zdjąć bluzkę, zostać do rana. Nie odprowadzę Cię potem, do drzwi trafisz sama.













~*~

W kancelarii Biernackiego nie pokazywałam się już tydzień. Z domu wychodziłam tylko do sklepu, znajomym powiedziałam ze mam grypę a Bartosz był na meczu wyjazdowym, więc telefonu nie musiałam odbierać, prawda? Szwędałam się po domu, na co wyjątkowo miałam ochotę. Nie byłam już wściekła. Bo ile można rzucać i kopać wszystkim, co napotka się na swojej drodze? Byłam raczej zmęczona. Fizyczne, bo nie sypiałam w nocy i w ciągu dnia wszystko na swoim zmęczonym ciele odczuwałam dwa razy mocniej, a przede wszystkim psychicznie. Za dużo myślałam i rozpamiętywałam. Owszem. W mojej głowie siedział Biernacki ale to Gawryszewski siał spustoszenie. Bo skoro Bartosz chciał rozwodu i odcięcia się od mojej osoby, dlaczego tak bardzo zależy mu na wznowieniu kontaktu? Dlaczego nie słucha mnie, kiedy mówię, że rozdrapuje stare rany? Choć ze sformułowaniem, że są stare można by polemizować. Są raczej lekko zastygnięte.

Nim się spostrzegłam, był 24 grudnia. Samotne święta? Czemu nie. Co roku, od kiedy pamiętam ten czas wyglądał tak samo. Jeździłyśmy z mamą do ciotki, gdzie zjeżdżali się dziadkowie i w atmosferze mimo wszystko bardziej rodzinnej niż przez resztę roku spędzałyśmy Boże Narodzenie. W tym roku byłam skazana na towarzystwo osoby inteligentnej, którą byłam ja sama .Jednak najgorsze było to, że musiałam wyjść z domu. Lodówka pusta, a o słonych paluszkach i wodzie długo długo raczej nie pożyję. Siarczystym 'kurwa mać' skwitowałam pojawienie się rezerwy w moim samochodzie. Świąteczne korki na szczęście nie dały się we znaki. Cóż, pewnie wszyscy lepią uszka i tylko ja będę stała w kolejce z pełnym koszem jedzenia. A potrzeba kupienia czegokolwiek była ogromna. Kasjerka spojrzała na mnie złowrogim spojrzeniem, jakby musiała za kare przykładać produkty, które chce kupić do czytnika. Na drzwiach wisiała kartka, że dziś otwarte do piętnastej. Ach, tak. To pewnie dlatego tak bardzo manifestuje swoją niechęć do świata. Biedna. Pozostało mi się tylko szybko zwinąć do samochodu i dać kobiecie wytchnienie. W myślach dziękowałam Bogu, że za moimi plecami nie stał Gawryszewski, a przede mną Biernacki. Jednak moc świąt zadziałała chociaż w minimalnym stopniu. Zaparkowałam pod blokiem na miejscu sąsiada, bo ktoś zajął moje i gadałam do siebie pod nosem, że pan spod czternastki na pewno mi wybaczy.
- Pani Gawryszewska? Poczta dla pani.
Masz ci los. A jemu kto kazał pracować w sobotę o dwunastej w południe?! Biedny pan Kazik listonosz.
- Aż tyle tego?
- Cztery kartki i jeden list. Przy świętach to standard
. - odparł z uśmiechem.

- A pan kiedy kończy?
- Jeszcze jedna ulica i idę świętować. Wesołych świąt!
- Wesołych, wesołych.
- odwróciłam się i trzymając siatki z zakupami na zgięciu łokcia przeglądałam korespondencję. Trzy kartki od koleżanek i list od mojej przyjaciółki. Iwona od dwóch lat siedzi w Niemczech i oprócz korespondencji internetowej przed ważniejszymi wydarzeniami w roku wysyła mi długi list. W tym po raz sto pierwszy przeprosiła za nieobecność na pogrzebie mojej mamy, ale przecież ją rozumiem. O całym zajściu dowiedziała się dzień przed pogrzebem, więc zwyczajnie nie zdążyła zamówić biletu. Tęskniłam za nią. Ale wyjechała z Polski za lepszym życiem podejmując tą decyzje w komitywie z miłością swojego życia. Bo Adrian ewidentnie nią był. Pamiętaj jak mówiła mi, że zazdrości mi tego bartkowego spojrzenia, którym on sam mnie obdarza. Po paru latach to ja zaczęłam jej zazdrościć oddanego jej w stu procentach Adriana i chyba to też wpłynęło na moje i tak beznadziejne już wtedy samopoczucie. Oczywiście negatywnie. O czym pisała Iwona? W sumie to, o czym już wiedziałam. O pracy, o zmianie koloru włosów, o zgubieniu kilku kilogramów, a przede wszystkim o swoich planach na kolejne dni. Pisała o tygodniowym urlopie i o tym, że nie wie, gdzie go spędzi. Ta to ma dobrze. Ja to sobie życia nie umiem zaplanować, a ona mi tu o urlopie gada. Doczytałam list do końca i położyłam na stole, aby w razie czego wczytać się w niego jeszcze raz. Na dłuższą chwilę zniknęłam w kuchni, później zabrałam się za sprzątanie. I tak zleciał mi czas do wieczora. Na klatce schodowej słychać było nadchodzące do sąsiadów rodziny i okrzyki radości wszystkich otwierających drzwi. Wzdychnęłam cicho i usiadłam w fotelu.

- Wszystkiego dobrego Oliwia. Życzę ci, zdrowia do tego wszystkiego. - powiedziałam do najinteligentniejszej osoby w towarzystwie, czyli do samej siebie i rozpoczęłam posiłek, jakim był barszcz instant Winiary i odmrażane uszka. Mogłam skorzystać z zaproszenia ciotki, ale jak to w rodzinie bywa, ciężko byłoby mi patrzeć na szczęście kuzynek i kuzynów. A znając życie, któryś z mądrych wujaszków zadałby pytanie dotyczące mojego siatkarzyka, albo tego, czy utrzymuje z nim kontakt. Oszczędziłam sobie uszczerbku na zdrowiu, choć przepłaciłam to świąteczną samotnością. Trzeba było wybrać mniejsze zło. W stanie względnego spoczynku przed telewizorem spędziłam dwie godziny. Zaczęłam nawet przysypiać z nudów. Z letargu wyrwał mnie dźwięk dzwonka do drzwi. Nie zareagowałam. Ale stojący po drugiej stronie drzwi osobnik nie dał za wygraną. Zamek przekręcił się pod wpływem prawdopodobnie klucza i już wiedziałam, że świątecznym przybyszem jest Bartosz.
- Nie przyszedł Mahomet do góry, to przyszła góra do Mahometa.
- Mówiłeś, że oddałeś mi wszystkie klucze.
- Bo myślałem, że tak było. Jadłaś coś?
- Coś. -
rzuciłam od niechcenia.

- Byłem u rodziców i przyniosłem prowiant. 
- Mogłeś już tam zostać. Rodzeństwo cie nie potrzebuje?
- Ty potrzebujesz mnie bardziej. 
- Bartosz, czego ty ode mnie właściwie chcesz? 
Nie uciekłam wzrokiem. nie tym razem. Zacisnęłam pieść i patrzyłam w jego tęczówki. W piękne, niebieskie oczy.
- Wpuścisz mnie, czy mamy rozmawiać z drzwiach? 
Wpuściłam. Nie kopnęłam go w dupę ani w nic z tych rzeczy. Wysiliłam się nawet na zrobienie herbaty. Przyniosłam napój do pokoju i bez słowa usiadłam obok Bartosza na sofie.
- Ta akcja w kancelarii... To było słabe.
- Poprawka, Gawryszewski. Wszystko, co robisz jest słabe.
- Wiesz, że nienawidziłem twojego ojca za to, co robił tobie i twojej mamie. Ty też mówiłaś, że nigdy mu tego nie wybaczysz!
- Mówiłam. Ale ty też dużo rzeczy mówiłeś.
- Nie pamiętasz, jak krzyczałaś w złości, że masz do niego straszny żal?!
- A ty nie pamiętasz, jak krzyczałeś z miłości, że nigdy mnie nie zostawisz?!

Zamknął się momentalnie. Jego oczy zaszły jakby mgłą, a ręce zacisnęły się w pięść aż do białości. Czy zabolało? Być może. Chociaż chciałam mu ze szczerego serca dowalić, kiedy to zrobiłam poczułam się dziwnie. Źle. Fatalnie. Bo zranienie drugiej osoby było jak mój katharsis. Oczyściłam się choć trochę z negatywnych emocji jakie mną targały, poprzez cierpienie drugiej osoby. Podniosłam swoje szanowne cztery litery z zajmowanego miejsca i skierowałam się w stronę okna. Byłam pewna, że Bartosz odpowie mi coś jeszcze bardziej niemiłego, trzaśnie drzwiami i zostawi mnie w spokoju. Jego oddech nieco spowolnił, co dało się usłyszeć, a raczej poczuć, bo stanął obok mnie i ślepo spoglądał w miejsce, które również dla mnie było punktem obserwacji.
- Dlaczego jemu chcesz dać szanse, a nam nie?
- Bo nas przekreśliłeś. Jedną, wielką, grubą kreską.
- wyartykułowałam i podeszłam do szafki z alkoholami. - Whisky?




~*~


Dziś już rozumiem, że się czasem trzeba upić, a na 'przepraszam' to już zwykle jest za późno. Czasami brak nam czasu by zawrócić, co?

- Będziesz mnie nachodził i błagał o wybaczenie? - popatrzyłam na Gawryszewskiego, który za chwile będzie nadzwyczaj wylewny. Jego alkoholowe możliwości znałam lepiej, aniżeli swoje.
- Pamiętasz, co powiedziałaś mi na rozprawie?
- Wtedy jak powiedziałeś, że tak będzie lepiej? Pamiętam. Powiedziałam, że nikogo nie można zmusić do miłości i to ty wybrałeś.
- Ale gdybyś nie odpuściła, być może bym zmądrzał.
- Obwiniasz mnie za rozpad naszego małżeństwa?
- Nie. Ale próbuję sobie uzmysłowić, jak strasznym byłem chujem, skoro tobie, kobiecie ze stali, zabrakło siły, żeby ciągnąć to dalej.
- Bo to ty zrobiłeś ze mnie siłaczkę. A dzisiaj próbuję poskładać się w całość. Boże! Dlaczego ja ci to wszystko mówię?!
- Przepraszam Cię, Oliwka. Naprawdę. Przepraszam cie tak szczerze, jak nigdy wcześniej.
- I co to zmieni? Cofniemy się siedem lat wstecz, do momentu, w którym po meczu w Warszawie opijałeś zwycięstwo, a ja wleciałam do klubu już nawalona, bo wywalili mnie z uczelni? Tak się nie da.
- Ale przecież łączy nas przeszłość. Tyle się wydarzyło? Nie pamiętasz tego?
- Pamiętam, Bartosz, pamiętam. Aż za dobrze.
- Więc?
- Więc problem w tym, że nie chce tego pamiętać. Bo dla mnie te wspomnienia są jak bajka w zderzeniu z rzeczywistością. Coś pięknego w konfrontacji z czymś, czego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi.
- Gdybyś nie wypiła czegoś wysokoprocentowego, nie powiedziałabyś mi o tym wszystkim, prawda?
- Nie wiem. I tak nie mamy już nic do stracenia, bo wszystko straciliśmy.
- Chce wiedzieć, co u ciebie, mówiłem ci to już. Pozwól mi być choć w kilku marnych procentach częścią twojego życia.
- Ale pamiętaj, że między nami wszystko skończone. 

Albo się zasmucił, albo mi się wydawało.
- Jasne.
- Znajdziesz sobie kogoś, będziesz miał przestrogę, aby nie ranić tych, których się kochało.
- Już znalazłem.

Dobra. Wydawało mi się. 


~*~


Gawryszewski zasnął na mojej sofie. Ja przestałam pić, a on sam dokończył butelkę najdroższego trunku, jaki miałam w szafie. Było późno, a w takim stanie ciężko było go poprosić o prowadzenie pojazdu. Popełniłabym przestępstwo, choć wreszcie zemściłabym się na nim tak bardzo, bardzo solidnie. Była dwudziesta trzecia, a moje progi postanowiła zaszczycić jeszcze jedna osoba. Dźwięk dzwonka nie obudził Bartosza, a ja z zawrotami głowy podążyłam w stronę drzwi.
- Iwona?! -wykrzyczałam na całą klatkę schodową, akurat w tym momencie, kiedy sąsiedzi z naprzeciwka zrobili sobie przerwę w kolędowaniu.
- Ha! Wesołych świąt, mam wino, chipsy i papierosy!
Wpakowała mi się do środka jak to miała w zwyczaju, a kiedy zobaczyła, kto śpi na mojej salonowej kanapie i podchrapuje, wszystko wyleciało jej z rąk.
- O nie. O kurwa.
- Nie, to nie kurwa, ale byłaś blisko.
- Liw, ty jesteś pijana!
- A on jest napierdolony. I to jest ta różnica.
- Ja cie chyba zamorduje.
- Spokojnie. Wszystko opowiem ci rano. 

Tak też się stało. Bartosz spał przykryty swoim swetrem, a Iwona stała w progu drzwi od mojej sypialni i patrzyła, jak nerwowo odpisuje na świąteczne życzenia na portalach społecznościowych.
- Co on tu robi? I gdzie jest choinka?
- Przyszedł, bo powiedział, że jest mi potrzebny. A choinka jest, na zewnątrz. cała w śniegu. Nie widać? Rośnie sobie.
- A gdyby ci powiedział, że przyszedł cie przelecieć, to też byś go wpuściła?
- Ej. Porozmawialiśmy. A później się upił i zasnął. Ot całe zdarzenie.
- A rozmawialiście o dupie marynie, jak jej było na imię, hę?
- Ja chyba nie mam siły, żeby o nim mówić.
- Nic ci na to nie poradzę. Za chwile wszystko mi wyśpiewasz.
- Ale co ty chcesz wiedzieć? Chce kontaktu, mówiłam ci już.
- A nie jest tak, że chce ciebie?
- Nie jest. Bo on chce już inną. 

Dopiero teraz Iwona zobaczyła, że przyjaciółka, którą zostawiła w Polsce i zastała w Boże Narodzenie, jest płaczącą ruiną.


*

no wiec w sumie to zostały mi jeszcze dwie ustne matury, teoretycznie jestem już na wolności. przynajmniej do sierpnia, bo matmy nie zdałam na 99%, więc czeka mnie poprawka. mój misterny plan nieco przesunie się, ale co mnie nie zabije to zrobi ze mnie zimną sukę. także ten. jestem tu i mam nadzieje ze wy tez i dacie o sobie znać. będę już częściej, obiecuje. 

Szablon

Szablon pobrany ze strony http://szablonownica.blogspot.com

Obserwatorzy