Trzymamy tę miłość na fotografii. Stworzyliśmy te wspomnienia dla siebie samych, gdzie nasze oczy nigdy się nie zamykają, nasze serca nigdy nie były złamane i czas jest na zawsze zamrożony, bez przerwy. Więc możesz trzymać mnie wewnątrz kieszeni Twoich podartych dżinsów. Trzymać mnie blisko.
*
Kiedy Bartosz prawdopodobnie całkowicie przypadkiem przyznał się do swojej nowej miłości coś we mnie pękło. Było mi obojętne jego życie i on sam, ale łzy polały się potokiem.
- Doprawdy nie rozumiem ciebie i twojego załamania.
- Jasne. To nie ty się rozwiodłaś, nie ty straciłaś matkę i nie ty nie znasz swojego ojca.
- Ale Gawryszewski to przeszłość. Jego już nie ma.
- No tak, nie ma. Dość już przez niego płakałam. To chodzi o ogół.
Iwona nadal patrzyła na mnie jak na wariatkę, ale z ręką na sercu - nowa sympatia Bartosza była mi na rękę. Miałam pewność, że skoro kogoś ma to nie chce ze mną być, a nasz kontakt może być czysto koleżeński. I jest tak, jak mówi i tak, jak chce. Owszem, najlepiej byłoby całkowicie odciąć się od Gawryszewskiego i szarej rzeczywistości. Wyjechać daleko i oswoić się z wieloma sprawami. Niestety musiałam zając się sprzedażą mieszkania mamy i odczytem testamentu o jakim dowiedziałam się po jej śmierci. Ewentualną przeprowadzkę muszę przesunąć w czasie. Spokoju potrzebowałam desperacko i rozważyłam nawet pojednanie z byłym mężem, do którego jak sobie obiecałam, nigdy nie miało dojść. Jednak czy jest sens niedługo uciekać? Czy jest sens pozostawienia Gdańska ponownie? Co powiem sobie samej za kilkanaście lat? Że uciekłam drugi raz, bo ten idiota kolejny raz dał mi się we znaki? Ja nie mogłam pozwolić na to, żeby Bartosz miał stuprocentową satysfakcję z tego, że plan pogodzenia się ze mną wypalił. Było trochę inaczej. To ja chciałam zapomnieć o tym, co mi zrobił powodując tym samym, że zaczną targać nim wyrzuty sumienia, bo to co teraz nim targa, jest wątpliwe. Chciałam przede wszystkim znowu być tą 'siłaczką'. Siedziałam przed Iwoną i wzrokiem błądziłam po stole. Mówiła do mnie. O moim nieodpowiedzialnym, świątecznym zachowaniu? Nie słuchałam. Ukradkiem patrzyłam na to jak wygląda. Promieniała. Chociaż się nie uśmiechała, było to widać. Zadbana i śliczna. Miała dla kogo. Pozazdrościłam jej tego jak kobieta kobiecie całkowicie odsuwając na bok nasza przyjaźń. Ja potrafiłam dla pokazania buntu zmienić tylko fryzurę. Sytuacja z Bartoszem stała się klarowna. Zaczął od nowa. Więc ja tez muszę.
- Słuchałaś mnie?
- Jasne. - odrzekłam potrząsając głową.
- Czyli co? Godzisz się z Bartkiem...
- Bartoszem. - przerwałam.
- Bartoszem, wybacz. Zaczynacie zachowywać się jak cywilizowane pary? Dla świętego spokoju chyba jesteś w stanie to zrobić.
- Jeżeli dzięki temu będę miała dostęp do niego, aby się zemścić...
- Poznaj kogoś.
- Żartujesz sobie ze mnie?
- A czy ja wyglądam teraz na osobę, która żartuje?
Wstałam i ułożyłam ręce na biodrach, a głowę upuściłam. Wzięłam głęboki wdech. Nie. To nie był dobry pomysł. To był pomysł najgorszy z możliwych.
- Nie, Iwona.
- Twoja mama by tego chciała. Ona by chciała żebyś znowu była szczęśliwa. - szepnęła niepewnie moja przyjaciółka.
- Moja mama gdyby wiedziała o wszystkim, co działo się między mną a Bartoszem... Umarłaby szybciej na zawał i wątpię, że nie miałaby wątpliwości co do mojego drugiego kandydata.
Aby opisać moje małżeństwo należało je podzielić na dwa etapy przypominające dwie skrajności. Pierwsze trzy i pół roku sielanki, drugie - koszmaru. O wszystkim wiedziała tylko Iwona. Mama w mniejszym stopniu. Niektóre fakty wolałam pominąć, bo widziałam, że i tak cierpi. To wszystko spadło na nas tak nagle... Jej choroba, mój rozwód i ogólnie mówiąc zmierzenie się z brutalną rzeczywistością. Obydwie cierpiałyśmy podwójnie, a może i potrójnie. Ja przez Bartosza, przez jej chorobę i przez świadomość, że w każdej chwili mogę zostać całkowicie sama. Mama podobnie. Chciała być przy mnie, choć zdrowie nie pozwalało, a jej serce rozrywało się na miliony kawałków, kiedy bezsilna przychodziłam do jej mieszkania ze swoimi rzeczami i w cienkim swetrze siedziałam do rana na balkonie wypalając papierosa jednego za drugim. Stała wtedy przy futrynie i wielokrotnie powtarzała, że choć się boi, obiecuje mi, że dopóki będzie mogła, stanie za mną murem. Wiele rzeczy było jednak szokiem, bo Bartosz był przecież idealny. Idealny zięć, idealny przyszły ojciec jej wnuków, idealny partner życiowy jej jedynej córki. Tylko kiedy ideały sięgają dna z wielkim hukiem, pozostaje coś w rodzaju ciągłego niedowierzania. I tak było również w tym przypadku. Upadek Bartosza nie oznaczał tego, że wpadł w złe towarzystwo, w alkoholizm lub jakiś inny nałóg. Wręcz przeciwnie. Jego upadkiem było zimne, lodowate serce względem mnie. Bo ja przecież nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż do trzeciej w nocy. I dlaczego nie chce ze mną spać. Zastanawiało mnie też dlaczego nie cieszy się z moich sukcesów, skoro ja niemal piszczałam z radości na każdym meczu po zdobytym przez niego punkcie. Coś pękło. Ewidentnie od trzech i pół roku małżeństwa kończyła się era wspólnego pożycia. Drogi rozchodziły się coraz częściej. Tylko ja czekałam na telefon z Podkarpacia po meczu z Resovią. On nawet nie wiedział, że ma dzwonić. A kiedy spotykałam kolegów z drużyny na mieście i pytali mnie o jakiś fakt z życia Bartosza, o którym nie wiedziałam, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo było mi wstyd. Ja, jako żona dowiadywałam się od obcych mi w zasadzie osób o życiu mojego męża. A co myśleli zawodnicy? Że to jest jakaś kompletna paranoja? Zapewne tak. Stawiając się w sytuacji na przykład biednego Troya, bo to na niego zawsze trafiało - to pod apteką, to pod drogerią, na dwieście procent pomyślałabym sobie, że co to za małżeństwo, w którym mąż z żoną są dla siebie obcy. Dosłownie. W momencie rozwodu zdałam sobie sprawę z tego, że za to, co robił mi Bartosz i jak niszczył mnie i moje uczucia nie powinnam kochać go nawet za przeszłość. Musiałam zakumplować się z nienawiścią, bo tak było wygodniej wrócić do świata żywych i zacząć ogarniać swoje życie od zera. Ale problem pojawił się znowu. Od spotkania pod sklepem, do śmierci mamy i kończąc na dniu dzisiejszym, na Bożym Narodzeniu, kiedy to przed piętnastoma minutami Bartosz wstał, przywitał się z Iwoną i wyszedł machając na pożegnanie. Być może od dziś mój problem w końcu dobiegnie końca. Nowa miłość mojego byłego męża jest również dla mnie, gwarantem spokoju. Bo ja już do niego nigdy nie wrócę.
- Już wiesz, że to nie było tak, że ja nie chciałem. To ona nie chciała, żebym był obok. Kiedy mnie widziała w parku, jak szedłem z zabawką dla ciebie to uciekała, a w listach groziła policją. Kazała mi się trzymać od ciebie z daleka. Nie chciała mi wybaczyć. Dla niej trzy lata rozłąki i tego, co jej tym wyrządziłem, to było za dużo. Godziła się tylko na pisemną formę kontaktu, jednak nigdy nie pisała mi całej prawdy. Oliwia, ja nawet nie wiedziałem, że miałaś męża, że się rozwiodłaś... Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że ona miała raka.
- To dlaczego o mnie nie walczyłeś?
- Bo mi było wstyd. Twoja matka mówiła, że jeżeli się pojawię to sprawię ci ból. A ja przecież tego nie chciałem. I czasem lepiej było po prostu odpuścić.
- A mnie mówiła, że ty tylko w świątecznych kartkach byłeś obecny.
Usiadł obok mnie na dywanie i wziął przypadkową kopertę wskazując palcem na datę zapisaną w prawym górnym rogu.
- Pamiętasz ten czas? - podał mi kartkę, którą przeczytałam. Mama wspominała tam ojcu o moich problemach na uczelni, ale tylko w jednym zdaniu, w kilku słowach.
- Pamiętam. Studiowałam wtedy w Warszawie. Wyleciałam z uczelni. Miałam w dupie naukę. Dopiero jak wróciłam na pomorze i poznałam Bartosza to ponownie nabrałam ochoty na studia.
- Widzisz, wszyscy popełnialiśmy błędy. Ale jestem świadomy tego, że nie wszystko da się wybaczyć.
- Ale ja ci wybaczę. Tylko nie spieprz tego tak, jak dwadzieścia siedem lat temu. Doprawdy, nie wiem dlaczego, ale ja naprawdę chce dać ci szansę. Chcę mieć ojca.
- Ja byłem cały czas. W cieniu, ale byłem. I o tobie nigdy nie zapomniałem.
- A masz kogoś? Masz dzieci?
- Mam. A właściwie miałem. Żonę i dwójkę dzieci. Rozwiodłem się, ale od początku wszyscy wiedzieli o mojej przeszłości. Nie kochałem ich matki. Kochałem ciągle twoją.
- A ile mają lat? Kim są? Co robią?
- Córka dwadzieścia, syn dwadzieścia dwa. Studiują prawo, bo co innego?
- Dlaczego musiało tak być?
- Bo może nigdy w swoim życiu bym się do tego nie przyznał.
- Do czego?
- Do tego, że coś schrzaniłem.
*
Skończyłam matury. mam wolne. dużo wolnego. napisałam ten rozdział tak na przełamanie. Co by wejść od nowa w rytm pisania. ale tak. Zgodnie z planem jest już Janek... Bartosz też będzie. I będzie go duuuużo. Jesteście?
- No tak, nie ma. Dość już przez niego płakałam. To chodzi o ogół.
Iwona nadal patrzyła na mnie jak na wariatkę, ale z ręką na sercu - nowa sympatia Bartosza była mi na rękę. Miałam pewność, że skoro kogoś ma to nie chce ze mną być, a nasz kontakt może być czysto koleżeński. I jest tak, jak mówi i tak, jak chce. Owszem, najlepiej byłoby całkowicie odciąć się od Gawryszewskiego i szarej rzeczywistości. Wyjechać daleko i oswoić się z wieloma sprawami. Niestety musiałam zając się sprzedażą mieszkania mamy i odczytem testamentu o jakim dowiedziałam się po jej śmierci. Ewentualną przeprowadzkę muszę przesunąć w czasie. Spokoju potrzebowałam desperacko i rozważyłam nawet pojednanie z byłym mężem, do którego jak sobie obiecałam, nigdy nie miało dojść. Jednak czy jest sens niedługo uciekać? Czy jest sens pozostawienia Gdańska ponownie? Co powiem sobie samej za kilkanaście lat? Że uciekłam drugi raz, bo ten idiota kolejny raz dał mi się we znaki? Ja nie mogłam pozwolić na to, żeby Bartosz miał stuprocentową satysfakcję z tego, że plan pogodzenia się ze mną wypalił. Było trochę inaczej. To ja chciałam zapomnieć o tym, co mi zrobił powodując tym samym, że zaczną targać nim wyrzuty sumienia, bo to co teraz nim targa, jest wątpliwe. Chciałam przede wszystkim znowu być tą 'siłaczką'. Siedziałam przed Iwoną i wzrokiem błądziłam po stole. Mówiła do mnie. O moim nieodpowiedzialnym, świątecznym zachowaniu? Nie słuchałam. Ukradkiem patrzyłam na to jak wygląda. Promieniała. Chociaż się nie uśmiechała, było to widać. Zadbana i śliczna. Miała dla kogo. Pozazdrościłam jej tego jak kobieta kobiecie całkowicie odsuwając na bok nasza przyjaźń. Ja potrafiłam dla pokazania buntu zmienić tylko fryzurę. Sytuacja z Bartoszem stała się klarowna. Zaczął od nowa. Więc ja tez muszę.
- Słuchałaś mnie?
- Jasne. - odrzekłam potrząsając głową.
- Czyli co? Godzisz się z Bartkiem...
- Bartoszem. - przerwałam.
- Bartoszem, wybacz. Zaczynacie zachowywać się jak cywilizowane pary? Dla świętego spokoju chyba jesteś w stanie to zrobić.
- Jeżeli dzięki temu będę miała dostęp do niego, aby się zemścić...
- Poznaj kogoś.
- Żartujesz sobie ze mnie?
- A czy ja wyglądam teraz na osobę, która żartuje?
Wstałam i ułożyłam ręce na biodrach, a głowę upuściłam. Wzięłam głęboki wdech. Nie. To nie był dobry pomysł. To był pomysł najgorszy z możliwych.
- Nie, Iwona.
- Twoja mama by tego chciała. Ona by chciała żebyś znowu była szczęśliwa. - szepnęła niepewnie moja przyjaciółka.
- Moja mama gdyby wiedziała o wszystkim, co działo się między mną a Bartoszem... Umarłaby szybciej na zawał i wątpię, że nie miałaby wątpliwości co do mojego drugiego kandydata.
*
Przysięgam, że zrobi się prościej,
Pamiętaj to z każdym kawałkiem siebie
I to jest jedyna rzecz jaką możemy wziąć ze sobą umierając
Aby opisać moje małżeństwo należało je podzielić na dwa etapy przypominające dwie skrajności. Pierwsze trzy i pół roku sielanki, drugie - koszmaru. O wszystkim wiedziała tylko Iwona. Mama w mniejszym stopniu. Niektóre fakty wolałam pominąć, bo widziałam, że i tak cierpi. To wszystko spadło na nas tak nagle... Jej choroba, mój rozwód i ogólnie mówiąc zmierzenie się z brutalną rzeczywistością. Obydwie cierpiałyśmy podwójnie, a może i potrójnie. Ja przez Bartosza, przez jej chorobę i przez świadomość, że w każdej chwili mogę zostać całkowicie sama. Mama podobnie. Chciała być przy mnie, choć zdrowie nie pozwalało, a jej serce rozrywało się na miliony kawałków, kiedy bezsilna przychodziłam do jej mieszkania ze swoimi rzeczami i w cienkim swetrze siedziałam do rana na balkonie wypalając papierosa jednego za drugim. Stała wtedy przy futrynie i wielokrotnie powtarzała, że choć się boi, obiecuje mi, że dopóki będzie mogła, stanie za mną murem. Wiele rzeczy było jednak szokiem, bo Bartosz był przecież idealny. Idealny zięć, idealny przyszły ojciec jej wnuków, idealny partner życiowy jej jedynej córki. Tylko kiedy ideały sięgają dna z wielkim hukiem, pozostaje coś w rodzaju ciągłego niedowierzania. I tak było również w tym przypadku. Upadek Bartosza nie oznaczał tego, że wpadł w złe towarzystwo, w alkoholizm lub jakiś inny nałóg. Wręcz przeciwnie. Jego upadkiem było zimne, lodowate serce względem mnie. Bo ja przecież nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż do trzeciej w nocy. I dlaczego nie chce ze mną spać. Zastanawiało mnie też dlaczego nie cieszy się z moich sukcesów, skoro ja niemal piszczałam z radości na każdym meczu po zdobytym przez niego punkcie. Coś pękło. Ewidentnie od trzech i pół roku małżeństwa kończyła się era wspólnego pożycia. Drogi rozchodziły się coraz częściej. Tylko ja czekałam na telefon z Podkarpacia po meczu z Resovią. On nawet nie wiedział, że ma dzwonić. A kiedy spotykałam kolegów z drużyny na mieście i pytali mnie o jakiś fakt z życia Bartosza, o którym nie wiedziałam, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo było mi wstyd. Ja, jako żona dowiadywałam się od obcych mi w zasadzie osób o życiu mojego męża. A co myśleli zawodnicy? Że to jest jakaś kompletna paranoja? Zapewne tak. Stawiając się w sytuacji na przykład biednego Troya, bo to na niego zawsze trafiało - to pod apteką, to pod drogerią, na dwieście procent pomyślałabym sobie, że co to za małżeństwo, w którym mąż z żoną są dla siebie obcy. Dosłownie. W momencie rozwodu zdałam sobie sprawę z tego, że za to, co robił mi Bartosz i jak niszczył mnie i moje uczucia nie powinnam kochać go nawet za przeszłość. Musiałam zakumplować się z nienawiścią, bo tak było wygodniej wrócić do świata żywych i zacząć ogarniać swoje życie od zera. Ale problem pojawił się znowu. Od spotkania pod sklepem, do śmierci mamy i kończąc na dniu dzisiejszym, na Bożym Narodzeniu, kiedy to przed piętnastoma minutami Bartosz wstał, przywitał się z Iwoną i wyszedł machając na pożegnanie. Być może od dziś mój problem w końcu dobiegnie końca. Nowa miłość mojego byłego męża jest również dla mnie, gwarantem spokoju. Bo ja już do niego nigdy nie wrócę.
*
Odczyt testamentu miał być tylko poświąteczną formalnością. Wydawało mi się, że o wszystkim, co jest w nim zawarte wiedziałam. Niestety, gdyby tak zliczyć to była to milionowa życiowa pomyłka. Krzyczałam w myślach do mamy, dlaczego nie powiedziała mi, że wszystkie listy taty, niekoniecznie kartki świąteczne, były wysyłane średnio raz w miesiącu, a ona chowała je w piwnicy. W starej komodzie. Było ich setki. Może tysiące? Trudno zliczyć, ale wnosiłam je do bagażnika swojego samochodu w trzech reklamówkach. Rozsypałam na dywanie i kiedy odklejałam pierwszą kopertę. Usłyszałam ciche pukanie. Byłam pewna, że to Bartosz. Bo kto inny mógł mnie nachodzić? Było mi to obojętne, skoro jego intencją nie kierowała miłość. I tu nagle druga pomyłka dzisiejszego dnia. Garnitur, czarna aktówka, jakby wracał z kancelarii. Jan Biernacki. Jakby wyczuł, że dziś dowiedziałam się całej prawdy. Bez słowa wpuściłam go do środka i wróciłam do pozycji siedzącej na dywanie z listem w rękach.- Już wiesz, że to nie było tak, że ja nie chciałem. To ona nie chciała, żebym był obok. Kiedy mnie widziała w parku, jak szedłem z zabawką dla ciebie to uciekała, a w listach groziła policją. Kazała mi się trzymać od ciebie z daleka. Nie chciała mi wybaczyć. Dla niej trzy lata rozłąki i tego, co jej tym wyrządziłem, to było za dużo. Godziła się tylko na pisemną formę kontaktu, jednak nigdy nie pisała mi całej prawdy. Oliwia, ja nawet nie wiedziałem, że miałaś męża, że się rozwiodłaś... Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że ona miała raka.
- To dlaczego o mnie nie walczyłeś?
- Bo mi było wstyd. Twoja matka mówiła, że jeżeli się pojawię to sprawię ci ból. A ja przecież tego nie chciałem. I czasem lepiej było po prostu odpuścić.
- A mnie mówiła, że ty tylko w świątecznych kartkach byłeś obecny.
Usiadł obok mnie na dywanie i wziął przypadkową kopertę wskazując palcem na datę zapisaną w prawym górnym rogu.
- Pamiętasz ten czas? - podał mi kartkę, którą przeczytałam. Mama wspominała tam ojcu o moich problemach na uczelni, ale tylko w jednym zdaniu, w kilku słowach.
- Pamiętam. Studiowałam wtedy w Warszawie. Wyleciałam z uczelni. Miałam w dupie naukę. Dopiero jak wróciłam na pomorze i poznałam Bartosza to ponownie nabrałam ochoty na studia.
- Widzisz, wszyscy popełnialiśmy błędy. Ale jestem świadomy tego, że nie wszystko da się wybaczyć.
- Ale ja ci wybaczę. Tylko nie spieprz tego tak, jak dwadzieścia siedem lat temu. Doprawdy, nie wiem dlaczego, ale ja naprawdę chce dać ci szansę. Chcę mieć ojca.
- Ja byłem cały czas. W cieniu, ale byłem. I o tobie nigdy nie zapomniałem.
- A masz kogoś? Masz dzieci?
- Mam. A właściwie miałem. Żonę i dwójkę dzieci. Rozwiodłem się, ale od początku wszyscy wiedzieli o mojej przeszłości. Nie kochałem ich matki. Kochałem ciągle twoją.
- A ile mają lat? Kim są? Co robią?
- Córka dwadzieścia, syn dwadzieścia dwa. Studiują prawo, bo co innego?
- Dlaczego musiało tak być?
- Bo może nigdy w swoim życiu bym się do tego nie przyznał.
- Do czego?
- Do tego, że coś schrzaniłem.
*
Wybaczenie mogło się wydawać zbyt abstrakcyjne i niewyobrażalnie trudne do zrobienia. Ale coś w środku podpowiadało mi, że to może być początek czegoś naprawdę pięknego. Jakiejś pięknej relacji zbudowanej na błędach i cierpieniu, wyrzeczeniach i tęsknocie za normalnością. Być może była to szansa na dostanie od życia rodzica i wyeliminowanie samotności, którą czuliśmy obydwoje. Przede wszystkim dostałam od losu szansę podjęcia nauki przebaczania i uczenia się od nowa tego, czego uczą się dzieci od najmłodszych lat. Maluchy od początku budują swój świat oparty na tacie i mamie, jednak mnie przyszło zmierzyć się z czymś znacznie trudniejszym. Musiałam ułożyć wszystkie klocki biorąc pod uwagę tylko mamę, a następnie zburzyć to, co udało mi się stworzyć i zacząć budować od nowa z inną osobą - drugim rodzicem, który również i mnie musiał się nauczyć. Musiał mnie poznać, wyłapać wspólny język i przede wszystkim wspólne cechy, które oprócz wyglądu na pewno się znajdą. Każde z nas rozpoczęło zmianę związaną z pojawieniem się w życiu kolejnej ważnej osoby, która być może wywróci jakieś sfery do góry nogami bądź przeobrazi hierarchię wartości w inną. Być może relacja z ojcem spróbuje przekonać mnie do Bartosza jako do lepszego człowieka, niekoniecznie mojego męża, ale dobrego znajomego, który mimo wszystko zna mnie doskonale.
*

