środa, 22 kwietnia 2015

Rozdział 4 - Chciałam tylko cię znaleźć.

''Byliśmy, Nie jesteśmy czymś więcej. Jesteśmy chorzy, bez szans uleczenia. Jesteś moim miejscem. Miejscem, w którym utknąłem. Po prostu zostaw mnie, bo jest rzecz, o której wiemy. Że nic się nie zmieni.  
I wiem, że widziałaś mnie. Tam, w tłumie, stałem sam.
Sam, sam, sam...''.



~*~

To wcale nie było tak, że ja cokolwiek Bartoszowi wybaczyłam. A zdałam sobie sprawę z tego w momencie, kiedy trzasnął drzwiami. Nie miałam go za co przepraszać. Niby dlaczego miałabym to robić? W świetle tego, co się wydarzyło ciągle pozostawaliśmy w konflikcie. Owszem. Bartosz był. Dokładnie wtedy, kiedy go o to poprosiłam, ale nie zapomniałam. Byłam taka jak mama. Pamiętliwa. Spojrzenie jego niebieskich tęczówek przez trzy lata paraliżowało moje ciało, a kiedy podczas rozprawy uniósł wzrok i patrząc na mnie wypowiedział przed sądem, że tego wszystkiego nie da się uratować, niemalże skamieniałam. Bolało. I boli nadal. W każdej konfrontacji. Pewnie zauważył, że od kiedy spotkaliśmy się pod felernym sklepem nie dopuściłam do sytuacji, w której nasze tęczówki spotkałyby się chociaż na sekundę. Nawet na pogrzebie. Po prostu nie mogłam mu wybaczyć i już. Skoro 'tego wszystkiego' nie da się uratować, nie ma sensu bawić się w siostrę miłosierdzia. Miało być normalnie. Poniekąd sama się na to zgodziłam, ale w jednym momencie, a właściwie z jednym zdaniem wróciłam do punktu wyjścia, gdzie nadal byłam śmieciem, zabawką, a z moich uczuć już jakiś czas temu zrobiono rollercoaster. I znowu nie przespałam nocy, tak jak miałam to zrobić. Do nowej pracy wybieram się niewyspana, podirytowana i wściekła na samą siebie, że po raz kolejny przejmuje się Gawryszewskim. Cholera jasna! Gdyby nie to, że mam być prawnikiem, próbowałabym go unicestwić. Chciałabym w końcu mieć spokój.




~*~
- Specjalnie wyszłaś z domu wcześniej, żebyśmy się nie spotkali.
- A ty śledziłeś mnie całą drogę. Nie do wiary. - burknęłam pod nosem i wyminęłam ponad dwumetrową postać.
- Nie skończyłem.
- Skończyłeś. Rok temu i dwa miesiące.
- Liw...
- Nie.Mów.Tak.Do.Mnie. - wycedziłam przez zęby, a Bartosz trzymał mój nadgarstek. Przez chwilę się szarpaliśmy. Jednak nie miałam na tyle siły, aby się wyswobodzić raz a dobrze.
- Miało być normalnie. Musimy wracać do przeszłości?
-  Ja widocznie nie potrafię inaczej. Potrafiłam kiedyś. Jak ślubowałam ci, że cie nie zostawię. I nie chciałam cie zostawić, dopóki nie pozostawiłeś mi wyboru. Oj. Wybacz. Nie pozostawiłeś wyboru nam. Mnie i sobie samemu. Nam. A później to wszystko załatwiłeś jednym gwoździem. Tym w sądzie. Nigdy więcej nie będę twoim śmieciem. Nigdy! - wypowiedziałam jednym tchem.
- Nigdy nie byłaś dla mnie śmieciem.
- Nie? A wtedy, kiedy siadałam obok ciebie każdego wieczora, a ty robiłeś wszystko, żeby się do mnie nie odezwać? A może wtedy, kiedy spałeś do mnie odwrócony plecami, albo bez słowa zmieniałeś miejsce spania z sypialni na salon?
- Mówiłem ci już, że po siedmiu latach nigdy nie przestaniesz być częścią mojego życia. Zrozum to!
- Rozumiem. Bo wiesz co? Ty też zawsze będziesz częścią mojego życia. Tylko niestety tą, która jest częścią najgorszą z najgorszych.
- Oliwia...
- Jesteś największym błędem mojego życia, Bartosz.

Zmroziłam go wzrokiem i weszłam do kancelarii Biernackiego. Gdzie poszedł i co zrobił, nie mam pojęcia, ale pierwsze co ja zrobiłam po tej rozmowie to nalot na toaletę i przetarcie twarzy chłodną wodą. Choć z podkładu została mi zapewne namiastka, wodoodporny tusz zdał egzamin na pięć z plusem. Drżącą dłonią przywitałam mojego przełożonego-ojca i zajęłam swoje miejsce pracy obok sekretarki. Zapoznałam się z nowym sprzętem, na którym będę pracować, a także z pozostałymi pracownikami. Niespodziewanie Biernacki zawołał mnie do siebie. Zamkną drzwi i usiadł na swoim biurku. Jakby co najmniej nie był prawnikiem. Przegryzł jabłko, popił sokiem pomarańczowym i w końcu wybił mnie z niewiedzy.
- A ten młody człowiek z dołu, to kto? - zaniemówiłam. Znamy się dobę. A on wyskakuje mi z pytaniem o moje prywatne sprawy. - Przepraszam, może nie powinienem pytać, ale lubię wiedzieć z kim mam pracować. Ogólnie zwierzamy się między sobą w tej kancelarii i nic poza nią nie wychodzi. Śmiało. Masz się czuć pewnie!
- W sumie to nikt ważny. - odparłam chłodno, ale Biernacki nie dawał za wygraną.
- Na pewno wszystko w porządku? O mało go tam nie zabiłaś.
- Nic nie jest w porządku. On łazi za mną, od kiedy wróciłam do Gdańska i nie chce się odczepić. Sieje ferment i jeszcze śmie się kłócić.
- Czekaj, czekaj. Skąd wróciłaś i kto to jest on? - jasne tato, ty przecież nie wiesz niczego.
- Mieszkałam rok w Gdyni. ale sytuacja w domu zmusiła mnie do powrotu.
- A czemu wyjechałaś? Wybacz, to nie moja sprawa, nie powinienem...
- W porządku. Ten gość od awantury to mój były mąż. Jestem po rozwodzie.
- Przepraszam ja...
- To ciężki temat. Kiedyś opowiem więcej.
- Potrzebujesz czegoś? Jeżeli chcesz to jako twój przełożony mogę mu zwrócić uwagę, aby nie przychodził...Rozumiem, że nie czujesz się komfortowo.
- Daje sobie radę. Spróbuję go sama wygonić.
- Gdyś potrzebowała wsparcia to coś wymyślimy. A na dobry początek mam parę dokumentów do przejrzenia. Do egzaminu kończącego twoją przygodę ze studiami będzie to dobre ćwiczenie.

I dostałam. Segregator grubości co najmniej pięciu centymetrów. A telefon nie dawał mi spokoju. Bartosz dobijał się wszelkimi sposobami, nawet mejlami. Próbowałam skupić się na pracy i odetchnęłam z ulgą, kiedy sterta uległa zmniejszeniu a wibracje komórki uspokoiły się. Zegarek szczęśliwie wskazywał godzinę osiemnastą. Większość prawników wyszła z biura uśmiechając się do mnie szczerze. Dobrze się tu czułam. Nawet tak dobrze, że funkcjonowanie z ojcem w jednej kancelarii wydało się nieco prostsze.

~*~

Pierwszy dzień pracy, a ja zostałam po godzinach. Biernacki rozprawiał nad czymś z klientem i wydawać by się mogło, że oprócz ich rozmowy nic nie zakłóciłoby względnego spokoju w kancelarii. Uprzątnęłam swoje stanowisko pracy i sięgnęłam po swoje rzeczy.
- Do jutra! - kiwnęłam Biernackiemu, ale kiedy zmierzałam do drzwi spotkałam się z Gawryszewskim. Upuściłam torbę, z której wypadły wszystkie rzeczy. Klient wyminął nas, a Biernacki stanął za moimi plecami z założonymi rękoma.
- Dlaczego ty mi nie chcesz dać nawet jednej szansy?!
- Bartosz, proszę cię wyjdź stąd!
- Jak nie porozmawiamy tutaj, to gdzie?! Znowu będzie tak jak wczoraj? Znowu dasz mi do zrozumienia, że mam wyjść?! Ja nie chcę cie stracić całkowicie.
Do moich oczu napłynęły łzy. Nie wytrzymałam. Uderzałam Bartosza pięściami w klatkę piersiową.
- Zniknij! Zniszczyłeś mi życie! Odejdź!
- A jemu?! Jemu chcesz dać szansę?! Zostawił cie! Dwadzieścia siedem lat miał cie gdzieś! Nie istniałaś dla niego wtedy, kiedy dorastałaś i kiedy wychodziłaś za mąż! I to się teraz nie liczy?!
Gawryszewski wziął głęboki oddech bo właśnie zdał sobie sprawę z tego, co zrobił. Że spieprzył wszystko, z czego to ja będę się musiała wytłumaczyć. Biernacki stał jak wryty. Patrzył na mnie nie ruszając nawet ustami. Czas się zatrzymał. Strumień łez ponownie pojawił się na moich policzkach. Było mnie stać tylko na kilka słów. Odeszłam od zdezorientowanej dwójki stając przy futrynie, a spojrzenie skierowałam na ojca.
- Przepraszam. Przepraszam cię za to, że nie chciałam zostać sama. Przepraszam. Chciałam cie tylko znaleźć, tato.




*

właściwie to. skończyłam szkołę. zajebiście. trzymać kciuki, żeby mi mózg nie wyparował od tej matury. i ogólnie to poprzedni rozdział uzupełniłam o soundtrack  i cytat, bo jakoś tak zapomniałam. i słuchajcie tych piosenek, bo one mnie serio inspirują do pisania kolejnych rozdziałów. dziś krótko. jeszcze przed maturą na pewno coś będzie.
HALO, JESTEŚCIE TU?!

piątek, 17 kwietnia 2015

Rozdział 3. Postawić wszystko na jedną kartę.


''I mogę wymyślić mnóstwo powodów, dlaczego nie wierzę w Ciebie. 

Nie wierzę w Ciebie i mnie.''



Zamknięta w swojej domowej samotni wyzbyłam się wszelakich kontaktów z dzwoniącymi dziadkami i pozostałą rodziną. Nie odbierałam też wszystkich telefonów od Bartosza. Jedyne na co czekałam to na odpowiedź ze Szwecji. Prosiłam o kontakt mejlowy, żeby było po prostu szybciej. W liście nie napisałam też o tym, w jakim celu poszukuję Jana Biernackiego. Było to tylko kilka zdań, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniały. Po tygodniu oczekiwań światełko w tunelu zapaliło się. Dostałam wiadomość od kobiety, która sadzać po tym, jak zatytułowała wiadomość a było to imię i dwa nazwiska, najprawdopodobniej była jakąś rodziną mojego ojca.
"Witam. Jestem siostrą Jana Biernackiego. Niestety nie mieszka w Szwecji od dwóch lat. Przeprowadził się do Gdańska na stałe, wcześniej przyjeżdżał tam tylko sporadycznie.". Przez dobre piętnaście minut gapiłam się w komputer. Jan Biernacki był tu. W Gdańsku. Być  może był moim sąsiadem i mijałam się z nim kilka razy dziennie. Może patrzyłam na jego szczęśliwą rodzinę, z którą przyjechał do Polski po zarobieniu zadowalającej kwoty w Skandynawii.
A mama nie powiedziała mi ani słowa. Kartka świąteczna, do której dołączony był niemiecki adres okazała się stara. W takim razie gdzie nowsza korespondencja? Gdzie są kartki, w których informował mamę o swojej przeprowadzce? Niestety. Ona wszystko zabrała ze sobą, a moim zadaniem było dopasowywanie do siebie poszczególnych elementów tej układanki. Postanowiłam, że siostrze ojca zadam ostatnie pytanie. Musiałam przecież wiedzieć, gdzie szukać Biernackiego. Gdańsk jest duży, a zbieg okoliczności w imieniu i nazwisku zdarzyłby się pewnie nie raz. Po naciśnięciu opcji 'wyślij' nerwowo stukałam paznokciami o blat. Dwie minuty, które upłynęły od czasu wysłania wiadomości a odebrania nowej trwały wieczność. Jan Biernacki pracował w kancelarii adwokackiej. Że też o tym nie wiedziałam, skoro złożyłam swoje CV w sprawie stażu do co najmniej pięciu! Po wpisaniu w wyszukiwarkę odpowiednich fraz od razu wyświetliły mi się potrzebne wyniki. Jan Biernacki był właścicielem kancelarii mającej pod swoimi skrzydłami pięciu prawników, w tym jednego stażystę. Kancelaria funkcjonuje już trzeci rok. Ma dobrą renomę i cieszy się uznaniem nie tylko wśród Gdańszczan.

~*~

Pojawiło się wiec pytanie, co zrobić teraz? Czy iść się porządnie upić, czy dać sobie spokój, czy brnąc w to, choćby miało bolec. Na ból byłam odporna. I własnie to mnie przekonało, żeby wstać i w końcu coś zrobić. Czy telefon do Bartosza był w tym momencie totalnie beznadziejnym pomysłem? Cóż, gorszym było chyba to, że pojechałam na halę, gdzie odbywał się trening Trefla i weszłam na salę. Uszłam parę kroków, kiedy Anastasi pokazał dłońmi, że na dziś koniec.
- Oliwka? Cześć! - wykrzyczał w moją stronę zdziwiony Gacek, Wszyscy przecież wiedzieli, że jestem byłą żoną Bartosza. Z taką samą miną przyglądał mi się Troy i Grzyb.
- Witam. Bartek jest?
- Rozmawia z trenerem. Jak się trzymasz? Sto lat cię nie widziałem. Bartek mówił, że jesteś w Gdańsku. - kontynuował libero.
- Raz lepiej, raz gorzej. Ale daję radę. A wy jak tam? Sukcesy są, to pewnie dobrze. - zagadałam.
- Oliwia? - przerwał poszukiwany. 
- Byłam w pobliżu i pomyślałam, że wpadnę. Chciałam pogadać.
Zawodnicy mieli oczy wielkości pięciozłotówek. Bo w sumie to nic się do siebie nie kleiło. Ja znienawidziłam Gawryszewskiego, ja zażądałam rozwodu, ja miałam powód i ja, jak gdyby nigdy nic po niego przyjechałam. Dziś, o godzinie czternastej piętnaście. Ot tak. Bez zapowiedzi. Nękana spojrzeniami wyszłam przed halę. Chwilę później dołączył do mnie Bartosz.
- Coś się stało?
- Mój ojciec pracuje w jednej z gdańskich kancelarii. Właściwie jest jej właścicielem.
- Chcesz tam pójść, prawda?
Po to właśnie przyjechałam do niego przyjechałam. Po radę. Bo ja tak naprawdę nie wiedziałam, czy chcę zobaczyć się twarzą w twarz ze swoim ojcem. Nigdy w życiu się nie spotkaliśmy. Może mijał mnie na ulicy, a ja przeszłam obok niego tak, jak obok kogoś, kogo nie znam?  Nie zadzwoniłam z tym problemem do swojej przyjaciółki, ani do nikogo z rodziny. Dlaczego to właśnie mój były mąż wydawał mi się najlepszą opcją? Poczułam się tak, jakbym jeszcze bardziej zagmatwała się w swoich uczuciach. Ba, ja zagmatwałam nie tylko uczucia, ale całe swoje życie. Byłam w jakimś cholernym labiryncie, z którego nie było wyjścia. Wszystko było chore. Jakaś paranoja. Przecież wszyscy szukamy po dwudziestu siedmiu latach swojego ojca, który nie odezwał się do nas przez całe nasze życie i wszyscy chcemy, aby na dokładkę wysłuchał nas nasz ex-partner, który potraktował nas jak śmieci, prawda? Nieprawda. Tylko ja miałam taki talent i tylko ja byłam do tego zdolna. Chyba sama chciałam doprowadzić się do autodestrukcji, a nad przepaścią byłam dosłownie jedną nogą. Przecież ryzyko tego, że ojciec wyprze się mnie jest znacznie większe niż prawdopodobieństwo, że nasz kontakt uda się odnowić i sprowadzić na właściwe tory. A jeszcze bardziej niszczył mnie fakt, że gdzieś tam głęboko w moim wnętrzu zapaliła się ponownie minimalna iskierka zaufania do Gawryszewskiego. I ja za nic w świecie nie mogłam jej zgasić.






~*~

Bartosz zawiózł mnie pod kancelarię Biernackiego. Teczka z referencjami na trasie od samochodu do drzwi wejściowych liczącej jakieś dwa metry spadła mi dwa razy. Ręce dygotały mi tak, że nawet kawałek tektury wymykał mi się z uścisku. Przełknęłam ślinę, otworzyłam masywne, drewniane drzwi i odwróciłam się, aby spojrzeć na siedzącego w samochodzie Bartosza. W końcu zamek zatrzasnął się, a ja podążyłam przed siebie.Zwróciłam się w stronę sekretarki bądź kogoś właśnie w tym stylu.
- Dzień dobry... Bo...- pięknie Liw, jąkaj się dalej.- Bo szukam...
- Szuka pani stażu? Proszę chwilę poczekać, sprawdzę, czy pan Biernacki może w tym momencie rozmawiać. O! Właśnie idzie.
- Pani Alu, proszę wpisać tego pana na piętnastą w piątek.
Wyszedł. Elegancki, wysoki, przystojny mężczyzna. Przed pięćdziesiątką. Dobrze zbudowany, z zarostem i kilkoma siwymi włosami. Wyglądał młodziej niż na wiek, który rzeczywiście ma. Miał idealnie skrojony, dostosowany do swojej budowy ciała garnitur, a jego buty lśniły co najmniej tak, jakby co pięć minut ktoś je polerował. Był do mnie podobny. Kurwa. Jego rysy twarzy, wzrost, kształt nosa i kolor oczu. Wszystko wskazywało na to, że to jest właśnie mój biologiczny ojciec.
- Stażystka do pana, panie Janie.
- Witam. - podał mi rękę i uśmiechnął się ciepło. - Biernacki Jan. Zapraszam za mną.
Serce waliło mi jak młot. Tym bardziej, że nie przemyślałam kompletnie tego, co powiem i jak będę wyglądać na swojej rozmowie o pracę. Wszyscy pracownicy wyglądali jak milion dolarów i pewnie za tyle kupili swoje skórzane szpilki, mokasyny i spinki do mankietów. Ja miałam na sobie sportową kurtkę, jeansy, jaskrawy szalik w odcieniach różu i ciemny sweter z angory. Skreśliłam się już na samym wstępie.
- Pani Gawryszewska...
- Oliwio.
- Pani Oliwio. - ponownie się do mnie zwrócił zerkając na referencje napisane w CV. - Co panią do mnie sprowadza?
- W zasadzie to... No...
- Pracy pani szuka.
- A przynajmniej się staram. - wypaliłam, na co rozmówca uśmiechnął się. Był wyluzowany i w dość dobrym humorze. Albo takim był po prostu człowiekiem. Bez nerwów.
- To co mi pani o sobie powie? Śmiało. Tyle stresu to ja w dawno w nikim nie widziałem. Pani specjalność to prawo cywilne?
- Tak. W zamyśle było karne, ale chyba nie byłam wystarczająco dobra, żeby to ogarnąć. - pięknie Oliwia, jeżeli to ma być odpowiedź na pytanie pracodawcy, to jesteś w głębokiej dupie.


- Jak pani popracuje parę lat, to już nie będzie różnicy, czy karne, czy cywilne. Opiekun do aplikatury wybrany? 

- Nie. Nie mam wtyków. Wątpię, że ktoś mnie zechce wziąć pod swoje skrzydła, ale próba nie strzelba.

- I dlatego chce pani pracować, żeby kogoś znaleźć.
- Trafił pan w sedno.
- A lubi pani to prawo w ogóle? - zapytał popijając wodę. 
- Czy lubię czy nie lubię... Chcę się sprawdzić. 
- Co ma pani na myśli?
- Chcę sprawdzić, czy będę w stanie pomagać ludziom w tym, aby dostali szansę na nowy,lepszy start.
- A dlaczego ma pani nie być w stanie?
- Bo w życiu prywatnym ogólnie jestem bezkompromisowa, nie mam litości i strasznie mi wszystko przeszkadza. A z pana dobry psycholog. 
- Trochę czasu już minęło od kiedy pracuję w tej branży. Jutro na dziewiątą czy dziesiątą? Lubi pani długo spać? 
- To zależy, z jakim humorem kładę się do łóżka. 
- Jutro o dziesiątej pani zaczyna. 
- Ale jak to? To już? Tyle?
- Fajerwerków nie mam, ale lubię ludzi, którzy dzięki prawu chcą odkryć i sprawdzić siebie. 



~*~

Do auta Bartosza wróciłam niemalże na sztywnych kolanach. Nie odezwałam się ani słowem. Spojrzeniem dałam znać, aby odwiózł mnie do domu i dopiero pod klatką schodową kiwnęłam głową, aby podążył za mną. Padłam na sofę, ale po chwili podniosłam się i w końcu coś z siebie wydusiłam.

- Jest strasznie wesoły. Ma takie miłe spojrzenie... Chyba jest dobrym psychologiem i zna się na ludziach. Ta rozmowa ani trochę nie przypominała kwalifikacyjnej. To było coś w stylu: 'Siema, co tam?'.

- To dobrze, czy źle? 
- Dobrze. Jutro o dziesiątej zaczynam. Tylko ja nie wiem jak dam radę pogodzić się ze świadomością, że pracuję z moim ojcem, a on o tym nie wie. 
- Liw, długo tego nie utrzymasz w tajemnicy. To się wyda. Zapyta cie o jedno, o drugie, za chwile jeszcze o trzecie i tak oto jako człowiek inteligentny pokojarzy fakty. Nie wiem, czy będzie to dla ciebie dobre. A jeżeli cie odrzuci jak się wszystkiego dowie?
- Stawiam wszystko na jedną kartę. A wiesz dlaczego? Bo nie będzie pierwszym facetem, który potraktuje mnie jak śmiecia. 

Nastała cisza. Nie muszę wspominać, że niezręczna. Właściwie to koło niezręcznej to chyba nawet nie leżała, ani nie siedziała, ani nie stała. Była znacznie gorsza. Bartosz błądził wzrokiem po dywanie, a ja nie wiedzieć czemu na niego patrzyłam. Przeszywającym wzrokiem. Nasze oczy się nie spotkały. Być może by tego nie przeżył, bo jeżeli oczy są zwierciadłem duszy, z moich odczytałby tą gorycz, a chyba by jej nie zniósł. Za wszystko, co wyrządził mi złego. 
- W razie czego to... Odezwę się. Cześć.

Wiedziałam, że Bartosz miał rację. Gdyby nie nasza przeszłość, pewnie bym się z nim zgodziła. A może nawet posłuchała? Nie miałam go również za co przepraszać. Zapomniałam powiedzieć ojcu oprócz bezkompromisowości, narzekania i braku litości o tym, że lubię się mścić. Chciałam ranić Gawryszewskiego słowem. Do tego jednak potrzebowałam go mieć cały czas przy sobie. A to już było ciężkie. Tak samo, jak obecność Biernackiego.





*

cześć pa hej. albo jeszcze nie. HALO. TU JA.
 Właściwie już dziś skończyłam swoją edukację. Choć dopiero za tydzień będzie to przypieczętowane. Do matury mnie dopuszczono i w sumie nie dziwota (mam takich głąbów w klasie, że świat nie widział albo Bóg widzi i nie grzmi - przepraszam, ale jak można nie umieć po kilkunastu latach nauki obliczyć obwódu trójkąta o bokach 3, 4 i 5 dodając wszystko do siebie? No kurwa jak? :))))))))))))))))))))))) Nie no. Żegnam się z klasowym fałszem i jedyne za kim będę tęsknić, to za moją kilkuosobową ekipą...Czuję się oburzona niektórymi faktami. Ale... ADIJOS. Zaczynam sypiać coraz krócej i pewnie na maj będą potrzebne jakieś tabletki na opanowanie nerwów i ewentualnych drgawek. A serce ma się jedno i trzeba o nie dbać. Ogólnie to jestem wkurwiona bo jakiś patafian spod poczty wjechał mi w dupsko i mam zarysowany samochód.  WRRRR. Nie obiecuję, że będzie coś za tydzień, bo zamierzam obficie oblać swoją edukację. 

sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 2. W obliczu śmierci nie można nic zrobić.

Jesteś wyciągnięty z ruiny twojej cichej zadumy. Jesteś w ramionach anioła. Może odnajdziesz tu jakieś pocieszenie.






Jechałam do szpitala z nadzieją, że lekarz prowadzący mamę nie oświeci mnie powalającą z nóg informacją. Wątpiłam w to, gdyż omdlenie mamy tuż po przebudzeniu się nie zwiastowało niczego dobrego. Pogotowie natychmiast zabrało ją nieprzytomną na oddział intensywnej terapii. Kiedy dotarłam na miejsce i zobaczyłam smutny wzrok doktora wychodzącego z oddziału zdałam sobie sprawę z tego, że koszmar tak naprawdę dopiero się zaczął.
- Możemy? - wskazał dłonią na swój gabinet. Oparł się o biurko i utkwił swój wzrok w podłodze.
- Jest źle, prawda?
- Doszło do sepsy i przerzutów. Guz prawej nerki był złośliwy.
- Czy to oznacza... - zawiesiłam głos, ale moja twarz pozostała kamienna. Wewnętrznie byłam totalnie rozbita. A właściwie to dobita.
- Może pani iść do mamy. Ale na chwilę.
- Doktorze, czy jest jakaś nadzieja?
- Pani Oliwio, nadzieja jest zawsze. - odpowiedział i zaprowadził mnie na odpowiednią salę. Nie zwróciłam nawet uwagi na siedzącego pod gabinetem lekarskim Bartosza. Ocknęłam się dopiero w momencie, kiedy szarpnął mnie za rękaw od kurtki.
- Sąsiedzi powiedzieli, że twoja mamę wzięło pogotowie, więc przyjechałem.
Nie miałam siły się nawet sprzeciwić. Owszem, to ciągle był Gawryszewski, mój były mąż. Mój życiowy pech i moje nieszczęście. Ale świadomość tego, że ktokolwiek był obok mimo wszystko w minimalnym stopniu podniosła mnie na duchu. W towarzystwie lekarza razem z Bartoszem weszłam na salę. Mama była przytomna. Patrzyła swoimi wielkimi niebieskimi oczami wprost w moje, jakby chciała mi coś przekazać. W moim wnętrzu toczyła się wojna. Miałam ochotę rozpłakać się i krzyknąć do siły wyższej, dlaczego mi ją zabiera, skoro tylko ją mam. Wiedziałam też, że nie mogę tego zrobić, bo mama musi wiedzieć, że zostaję tutaj, na ziemi, silna. Spojrzała też na Bartosza. Miała do niego ogromny żal. Wiem o tym. Jako matka mogła mieć nawet jeszcze większy niż ja. W końcu to jej jedyne dziecko cierpiało.
- Wiem, że dasz sobie radę. Pamiętaj, że jesteś dla mnie najważniejsza i bardzo cię kocham. - wyszeptała niemal niedosłyszalnie. W moich oczach pojawiły się łzy, ale wiedziałam, że nad wybuchem histerii muszę zapanować. Przynajmniej dopóki nie wyjdę z sali.
- Nie zostawiaj mnie. Proszę.
- Dasz sobie radę... - ucięła i w mgnieniu oka straciła przytomność, a aparatura do której była podłączona zaczęła wariować. Bartosz pobiegł po lekarza, który razem z całym zespołem medycznym przybiegł niemal natychmiastowo. Wyproszono mnie z sali. Obydwoje stanęliśmy za szklaną szybą, przez którą nie było widać zupełnie nic. Miałam nadzieje, że to tylko chwilowe i przejściowe zawirowania. Zaparło mi dech w piersiach i trwałam tak do momentu w którym lekarze najprawdopodobniej zaprzestali reanimacji, otworzyli drzwi i pokręcili przecząco głowami patrząc równocześnie na zegarek. To był koniec. Koniec jej rocznej męki  chorobą, koniec chemioterapii, koniec życia osoby, która była jako jedyna mi przychylna. Lekarz prowadzący nie odezwał się ani słowem. Wzdychnął tylko i popatrzył na mnie w stylu: 'Chciałem. Chciałem ją uratować ale mi kurwa nie wyszło.' i zamknął się w swoim pomieszczeniu. Wybuchłam. Na moim policzku pojawił się potok łez. Usiadłam bezwładnie na plastikowym krześle i zwiesiłam dłonie wzdłuż ciała. W obliczu śmierci nie mogłam przecież nic zrobić. Nie mogłam iść i szarpać mamę za ramiona, aby się ocknęła. Nic by to nie dało. Bartosz stanął przede mną i chwycił w taki sposób, abym wstała. Teraz już naprawdę było mi obojętne, że on to on. Uwiesiłam mu ręce na szyi, a on mocno zamknął mnie w swoim uścisku. Było mi to potrzebne. I w duchu cieszyłam się, że przyjechał do szpitala, chociaż nawet nie wiedziałam, że o czymkolwiek się dowiedział. Po kilkunastu minutach wyswobodziłam się z jego ramion.
- Odwieź mnie do domu, proszę. Chce zostać sama. - na moje słowa pokiwał głową i w milczeniu ruszyliśmy z parkingu.


~*~

Zastanawiałam się co mam ze sobą zrobić. Chociaż mieszkałam sama czułam się szczególnie pusto. Wiedziałam, że w słuchawce nie usłyszę już głosu mamy i nie zobaczę jej w swoim progu. Odnalazłam w galerii swojego telefonu zdjęcie adresu ojca. Być może szukanie ojca było mi w tym momencie zbędne. Po co dwudziestoośmioletniej kobiecie babranie się  tego typu sprawach? Nie ma go, nie było i koniec. Wbrew pozorom ja wcale nie chciałam go szukać dla jakiejś kłótni i dla kolejnego manifestowania mojego nieszczęścia. Nie chciałam go zbić, uderzyć i lamentować, jak mógł odejść i jak mogło nie być go w ostatnich chwilach życia mamy. Owszem, czułam żal. Ale nie robienie scen było moją intencją.  Chciałam po prostu z nim porozmawiać. Zapytać, dlaczego to wszystko tak musiało wyglądać. Spokojnie, bez krzyku. Popatrzeć na niego i po prostu mówić. Wspomnieć o wszystkich latach, o samotnej i tęskniącej mamie, o wyrzuceniu mnie z uniwersytetu w Warszawie, o ślubie z Bartoszem, o siedmiu latach od pierwszego do ostatniego miesiąca wspólnej egzystencji, a na końcu o rozwodzie i o wiadomości, że mama ma raka. Chciałabym go zapytać kim tak właściwie jest. Może jest lekarzem? A może mechanikiem samochodowym? Może jest policjantem? A może na moje nieszczęście jest związany z siatkówką? Niczego o nim nie wiem. Przez całe życie nie dowiedziałam się żadnych konkretów. Mama ciągle mówiła tylko Jan albo Biernacki, bo do ślubu miałam jego nazwisko, a kiedy dopytywałam o coś więcej, krzywiła się i odpowiadała, że nie jest mi to do szczęścia potrzebne. Najwięcej razy pokłóciłam się z nią przed weselem. Chciałam wysłać tacie zaproszenie albo chociaż moje zdjęcie w białej sukni, bo miałam nadzieję, że wyzwolę w nim jakieś reszty ojcowskiego instynktu, ale mama upierała się, że na kopertach z kartek świątecznych jest tylko jej adres i ani w treści ani na żadnej z nich nie ma napisanych jego danych, a przecież nie wie, gdzie on mieszka. Myślałam, że wszystkie koperty wyrzuca,  ale dopiero wczoraj wieczorem ukradkiem zobaczyłam, że kartkę z życzeniami z powrotem chowa w biały papier ze znaczkiem pocztowym. Miałam nosa, że na którejś musi być adres. Wiedziałam, że nie mogę mieć do niej oto pretensji. Owszem odkryłam kłamstwo, ale rozumiałam ją lepiej jak nikt inny. Ten temat był przecież bolesny. Lepiej było nie interesować się tatą dla wspólnego dobra. Mniej bolało i tyle. W końcu nadszedł ten moment. Nadszedł moment, w którym uświadomiłam sobie, że ja mam prawo wiedzieć o moim ojcu to, co chce. Nawet jeżeli miałoby mi to sprawić przykrość. Przecież zostałam sama. Chciałam zaryzykować i poczuć się kochana miłością rodzicielską, którą odebrał mi złośliwy nowotwór nerek. Miałam świadomość tego, że mogę zostać odrzucona, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma. 




~*~

- Nie przypominam sobie, żebym cie zapraszała.  Ja cie nie nachodzę. 

- Nie wyjdę stąd, dopóki nie dasz mi dojść do słowa. 
- Ale Bartosz, co ty chcesz wiedzieć? Czy ty nie widzisz, że ja mam dość życia? 
- Usiądźmy. - wszedł do pokoju gościnnego i przesunął się tak, abym i ja mogła spocząć obok niego. -Wiem. Zaniedbałem cie. To nie ulega wątpliwości. 
- przyszedłeś tu użalać się nad sobą? Mam się ugiąć?
- Nie. Nie wymagam litości. Po prostu będę się lepiej czuł, jeżeli przyznam się do błędu.
- Na rozprawie nie chciałeś. Z resztą, tobie zawsze ciężko było przyznać się do błędu.
- Miałem rok na to, żeby przemyśleć wszystko dokładnie. Zaniedbałem cie, to moja wina, miałaś rację, że ode mnie odeszłaś. Nie usprawiedliwiam się ani trochę. Ale do cholery... Liw, bylem z tobą siedem lat i zawsze będziesz częścią mojego życia. Tego nie da rady zmienić. Każdy z nas od roku idzie swoją drogą, ale czuję się zobowiązany wiedzieć, co się z tobą dzieje. Jak sobie radzisz, czy masz pracę i jak ci w niej idzie, czy jesteś szczęśliwa z kimś, kogo obdarzysz uczuciem. Może będę mógł pomóc, może podwieźć, może przyjść coś naprawić, może udzielić jakiejś rady. Chcę, żeby było normalnie.  Bądźmy w dobrych kontaktach. Nie musimy się uwielbiać, chociaż bym chciał. Nie musimy udawać pogodzonych ze sobą przyjaciół i zgrywać przed ludźmi sielankę. Po prostu polegajmy na sobie, bo po tych siedmiu wspólnych latach znamy się na wylot i szkoda to zaprzepaścić. I tak wszystko spieprzyłem. Więc może chociaż to uda mi się odratować. Chciałbym zyskać choć trochę w swoich oczach. Szczególnie w tym trudnym okresie.
- A co będzie, jeżeli wykorzystasz moją chwilową słabość w spełnianiu obietnicy nienawidzenia cie i znowu namieszasz? Czy myślisz, że ja mam na to siłę? Myślisz, że chce mi się bawić w znajomość z tobą?
- Liw, było jak było. Ale nie chcę cię teraz zostawić. Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę, żebyś czuła się samotna i że nie masz na świecie nikogo.
- Czy mógłbyś być przy mnie podczas pogrzebu? Chciałabym mieć obok kogoś.
- Nie ma problemu. Zwolnię się z treningu.


~*~
Większości ludzi nie znałam. Mama miała tylu przyjaciół i tylu znajomych, o których nie miałam pojęcia. Ale nic dziwnego. Była wspaniałym człowiekiem, duszą towarzystwa, zdolną fryzjerką a przede wszystkim kobietą o wielkim sercu. Największym spośród wszystkich ludzi, z którymi miałam kontakt. Nigdy nikogo nie zawiodła. I patrząc na frekwencję, uczestnicy pogrzebu w tej ostatniej drodze również nie chcieli jej zawieźć. Chcieli jej towarzyszyć. Byłam im strasznie wdzięczna. Niestety nie potrafiłam tego okazać. Nie spałam dwie noce, byłam niemalże nieprzytomna i gdyby nie to, że Bartosz dzielnie mnie trzymał zapewne padłabym jak długa na środku cmentarnej alejki. Było około dziesięciu stopni mrozu, groby i ścieżki pokryte były białym puchem, a na niebieskim niebie świeciło piękne słońce.
- Tam jej będzie lepiej. - odrzekł po cichu przybity Bartosz. On również przeżył śmierć swojej byłej teściowej. W końcu byli tą dwójką, która obaliła mity na temat uciążliwej teściowej i mściwego zięcia. Gawryszewski był dla niej jak syn. Jak sam wspomniał, jego obecność tutaj jest obowiązkiem. Byłam mu wdzięczna, chociaż nie pałałam do niego sympatią. Ale był. Był obok i służył ramieniem.

~*~
Po wszystkim siedzieliśmy w jednej z restauracji na obiedzie. Pokazałam mu zdjęcie adresu niejakiego Jana Biernackiego, co od razu było dla niego zrozumiałe.
- Myślisz, że był tam, dziś?
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam. Było przecież tyle ludzi, że ledwo ogarnęłam ich wzrokiem. Może ukrywał się na końcu pochodu, jako jestem z ostatnich.
- A może właśnie stał blisko, bo chciał zobaczyć ciebie?
- Może. - przerwałam upijając łyk gorącej herbaty. - Kiedy wrócę do domu, napiszę jakiś list i wyślę go na ten adres. Powątpiewam w udaną realizację tego pomysłu, ale przynajmniej będę pewna tego, jaki ma stosunek do swojego dziecka.
*




cześć pa hej, bo dla mnie mama to tak jak dla Oliwii i jakoś mnie naszło po ostatniej dłuższej rozmowie z Lectis (całuję:*) na taki rozdział, choć właśnie coś w tej deseń planowałam już na samym początku. wybaczcie, że krótki, ale w sumie taka tematyka, że chyba nie ma o czym więcej pisać.  jesteście tu mam nadzieję?!

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 1. - Trudy powrotów

,,Ludzie wcale nie są dobrzy. Myślę że to jasne. Widać to wszędzie gdzie spojrzeć. Ludzie są do niczego. Pobraliśmy się pod wiśniami, ślubowaliśmy sobie wśród kwiatów. I wszystkie kwiaty opadły żeglując przez ulice i place zabaw. Pory roku przychodziły i odchodziły. Zima odarła kwiaty z płatków. Już inne drzewa rosną wzdłuż ulic potrząsając pięściami w powietrzu. Naszej miłości wyślij tuzin białych lilii. Naszej miłości wyślij drewnianą trumnę. Naszej miłości niech gruchają wszystkie różowookie gołębie, że ludzie nie są wcale dobrzy. Naszej miłości odeślij wszystkie listy.  Naszej miłości niech krzyczą wszyscy porzuceni kochankowie, że ludzie nie są wcale dobrzy. Ludzie nie są dobrzy ani trochę."
                                                                    




~*~
Powroty są czasami trudniejsze niż pożegnania. Trudniejsze od radzenia sobie z hektolitrami łez, trudniejsze niż machanie ręką na odchodne, trudniejsze niż spakowanie połowy swojego życia do dwóch walizek. Do miejsc, gdzie odebrano nam powody do szczęścia po prostu wraca się ciężko.  I już. Nie ma sentymentów. Bo miejsca, czyli mieszkania, restauracje, parki, pieprzone osiedlowe ławki i sklepy od monopolowych po spożywcze naznaczone są ludźmi. Naznaczone nimi w naszej głowie. Bo to jest tak, że siadamy na ławce, która od kilku lat ma tylko jedną deskę na oparciu i pomimo tego, że jesteśmy sami i nie ma z nami nawet muchy, która upierdliwie brzęczy nad uchem, czujemy obok kogoś, kogo nie ma, a kto kiedyś był. Albo bywał. Albo był raz, ale tam raz utkwił w pamięci. Ironia losu? Głupota? Paradoks? A może przypadek? Nie. Życie. 
Czasami wracamy do niechcianych miejsc na chwilę. Czasami na parę dni, bo z czystej ciekawości chcemy zobaczyć, co się zmieniło, a co zostało takie same. Czasami przejeżdżamy obok.  A czasami wracamy na czyjąś prośbę. Wracamy dla kogoś, kto sobie nie radzi, kto bez naszej pomocy i świadomości, że jesteśmy blisko, nie jest w stanie egzystować. Poświęcenie pozornie równoważy się z osobistymi trudami powrotu. I tu i tu nie ma sentymentów. Nie rozpatruje się nic pomiędzy. Wracasz, bo musisz. Tylko różnica jest taka, że poświęcamy się dla kogoś. Dla jakiejś idei. Dla dobra osoby, którą kochamy i na której nam zależy, a trud powrotu jest egoistyczny. To przecież my ubzduraliśmy sobie w tej pustej łepetynie, że nie chcemy wracać. Nikt nam tego nie wbił do głowy. Zrobiliśmy to sami. Powroty są również trudne wtedy, kiedy o tym, że nie chcemy wracać nie mówimy nikomu, a im bliżej jesteśmy tym większy czujemy ciężar. Im bliżej, tym większa jest chęć ucieczki. 

                                                                                 ~*~
Zwykło się mówić, ze błędy uczą. Że pod wpływem negatywnych doświadczeń stajemy się lepszymi ludźmi. Czy w rok stałam się lepszym człowiekiem? Nie wiem. Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie w moim przypadku zadziałało to w odwrotną stronę. Czy popełniłam kolejny błąd przyjeżdżając z powrotem do centrum Gdańska, skąd pochodziłam? Nie miałam innego wyboru. Obiecałam sobie, że nigdy się już dla nikogo nie poświęcę. Że zacznę brnąc w modny egoizm, żeby zrobić coś dla siebie. Tylko i wyłącznie. Ale nigdy nie mów nigdy. Bo kiedy dostajemy telefon od jedynej na ten moment bliskiej osoby a w słuchawce rozbrzmiewają słowa mam raka, przyjeżdżamy od razu bo zdajemy sobie sprawę z tego, że dla kogoś ciągle jesteśmy niezbędni. Cóż. Trudno było wrócić. Na wiele miejsc w tych okolicach trudno było nawet spojrzeć. Ale to są właśnie powroty z poświeceniem. Z poświeceniem, które w przypadku matki jest obowiązkiem i chęcią odwdzięki za samotne wychowywanie przez całe życie. A jeszcze kiedy ma się świadomość, że było się niepokornym gówniarzem z wiecznym problemem i humorami to motywacja jest podwójna. 
Do mamy wróciłam z Gdyni,  gdzie zamierzałam szukać pracy. Wyniosłam się tam rok temu i pewnie bym tam została, bo po moich studiach ktoś by mnie w końcu przyjął do jakiejś kancelarii. Czekałam na to rok, ale może po prostu za dużo wymagałam? Teraz już nieistotne. Teraz liczy się moja obecność przy mamie i to ponownie Gdańsk ma być tym miastem, z którym od nowa muszę się związać i przymknąć oko na wiele spraw, które w większym lub mniejszym stopniu przyczyniły się do przeprowadzki na tereny innej części Trójmiasta. Powrót w moim przypadku był trudny również dlatego, że odczuwałam strach. Byłam świadoma tego, ze zmieniłam się na gorsze. Nigdy nie byłam wspaniała, to fakt, ale nie byłam zimna. Nie byłam bezuczuciowa. A teraz jestem. I przeraza mnie to na tyle, ze boje się o mój stosunek do mamy. Że to moje zimne serce wyjdzie na wierzch i zamiast dać mamie ciepło, po prostu ją zdołuję i wywołam wyrzuty sumienia. Bo taka właśnie jest, że lubi się obwiniać. A to przecież nie jej wina, że jestem zimną suką


                                                                                 ~*~

Zabawne, jak serce może się mylić
Więcej, niż te kilka razy
Dlaczego zakochujemy się tak łatwo
Nawet kiedy to nie jest właściwe?


Moje serce skamieniało w momencie rozwodu. Dwadzieścia osiem lat i rozwód. Cóż. Scenariusz mojej miłości, a właściwie jej braku wyglądał właśnie tak i buntem na życie i na to co, mnie spotkało było wyzbycie się uczuć. Wyzbycie się współczucia i umiejętności przebaczania, a przyjęcie w zamian obojętności, chęci zemsty  i chłodnego spojrzenia. Takie są skutki czekania. Ja czekałam na Bartosza ponad trzy lata z czterech lat małżeństwa, dwóch lat narzeczeństwa i roku związku 'bez pierścionka'. Na siedem lat zmarnowana ich połowa. Bilans tej relacji był kiepski. Bo dziś pluje sobie w twarz, że czekałam tak długo. Poświęciłam ponad tysiąc dni. I to najlepszych dni na znalezienie partnera bo otaczało mnie na uczelni i poza nią milion fajnych facetów. Nie boje się wiec stwierdzić, że Gawryszewski jest moim życiowym błędem. Największym i takim, który pozostawił po sobie najwięcej spustoszenia. To nieprawda, że nie można żałować bycia z osobą, z którą choć przez chwilę było się szczęśliwym. On był jak huragan. Jak tornado albo jakieś inne tsunami - narobił szkód, prawdopodobnie nieodwracalnych. W Bartoszu najgorsze było to, że im bliżej mnie siedział, stał czy leżał, tym bardziej za nim tęskniłam. Dziwnie tak kogoś dotykać, ale nie czuć. Dziwnie mówić do kogoś, a nie zostać usłyszanym. Dziwnie czekać na czyjś powrót po treningu do trzeciej w nocy, a jeszcze gorzej domyślać się, gdzie ten ktoś był bite dwanaście godzin, skoro trening trwa dwie. Smutno było też pokazywać łzy i wybuchać płaczem podczas jedzenia obiadu, a jeszcze smutniej patrzeć zapłakanymi oczami w czyjeś tęczówki, przeszywające tak chłodnym spojrzeniem, jakie ty masz dziś. Znienawidziłam siebie, bo stałam się Bartoszem. Bo tak było lepiej się pozbierać. A ponowny widok wspólnych miejsc tylko pogarszał sprawę. Gwoździem do trumny była również informacja, że zostaje w Lotosie i jestem zmuszona dzielić z nim ten pieprzony Gdańsk. Zdaniem mamy to nie tragedia, bo przecież nie musimy się spotkać.  Bartosz nie musi wiedzieć, ze jestem.  Mama jest właścicielka dwóch salonów fryzjerskich. Urodziła mnie po maturze. Mimo dziewiętnastu lat nie oznaczało to końca świata. Przy pomocy rodziny i własnej determinacji skończyła studia pedagogiczne, a po studiach chodziła na kurs fryzjerski. Dwa inne światy, ale to moja mama. Nieokiełznana. Niedługo po tym otworzyła zakład, za parę lat drugi. Wychowywała mnie z moim ojcem tylko przez rok. Po tym czasie wyjechał za granicę. Wysyła nam kartki na święta. A mama cały czas jest sama i do tej pory tęskni. Tęskni dwudziesty siódmy rok. Być może to, że brakowało mi męskiej miłości przyczyniło się do młodego zamążpójścia i całkowitego oddania się uczuciu. Mama była zauroczona Bartoszem. Powiedziała, że jeżeli go kocham, to nic nie stoi mi na przeszkodzie, żeby za niego wyjść. Miałam wolną rękę. Do tej pory moja rodzicielka nie może uwierzyć, że okazał się świnią. 





~*~
Odebrałam mamę z dializ i wyszłam do sklepu na dół. Po drodze opatuliłam się swoim szalikiem i dokładnie pozapinałam płaszcz, aby wiatr utrzymujący się od kilku dni nie był zbytnio wyczuwalny na moim ciele. Standardowo była czynna tylko jedna kasa i wystałam się w niej za wszystkie czasy. Sprzedawczynią była sąsiadka mamy z klatki obok, która na mój widok uśmiechnęła się szeroko.
- Oliwka? O Jezusie! Nie poznałam. Jak ty się zmieniłaś! Z rok cie nie widziałam! A pan Bartuś niezmienny!
Zaraz zaraz. Stop. Jaki Bartuś?! Jaki do cholery jasnej Bartuś?! Mimowolnie odwróciłam się i popatrzyłam w górę. Te jego dwieście dwa centymetry przy moich stu siedemdziesięciu ośmiu kolejny raz dały mi się we znaki. Moja pieść zacisnęła się na tyle mocno, że pokaźnych rozmiarów rachunek z zakupów został natychmiast zgnieciony.
- Oliwia? To ty? - zapytał niemalże szeptem.
-Nie kurwa, święty Mikołaj. Do widzenia pani. - zwróciłam się w stronę zdezorientowanej ekspedientki i czym prędzej wyszłam ze sklepu. Byłam wściekła. Byłam tak wściekła, że aż bałam się o stan chodnika. Waliłam obcasami o płytki, szybkim marszem przemierzając drogę do auta. Gdyby sąsiadka nie skomentowała mnie i osoby stojącej za mną pewnie jeszcze jakiś czas żyłabym w błogiej nieświadomości, że w pobliżu nie czai się mój były mąż. Chociaż o tym, że nim był również musiała mi przypomnieć.  Gdyby nie ona bylibyśmy dla siebie anonimowi. On by mnie nie poznawał, a ja udawałabym, że go nie znam. Nie zmienił się ani trochę. Tylko zgolił zarost. A jeszcze rok temu, na rozprawie, był zarośnięty.Ja za to starałam się całkowicie zakopać tą starą, zewnętrzna Oliwię. Zmieniłam fryzurę. Już nie miałam włosów w pas. Zamieniłam je na krótsze, ledwo dotykające ramion. Swój naturalny brąz rozjaśniłam do blondu. Czasami nosiłam też okulary, które generalnie miały służyć do czytania. Nawet paznokcie udało mi się zapuścić. W sumie to mogłam mu w tym sklepie odpowiedzieć, że to nie ja. Nie skłamałabym. Mogło mnie zdradzić jedynie nazwisko. Ciągle nosiłam to nieswoje.
- Oliwia, poczekaj! - usłyszałam za plecami. Zignorowałam to. Przecież on już dla mnie nie istniał. Mógł mówić i mówić. Niestety, dopadł mnie przy samochodzie, do którego pakowałam zakupy. - Co u ciebie?
A teraz to sobie przegiął.
- Co u mnie? Ty się mnie pytasz co u mnie? Jesteś bezczelnym gnojem.
- Czy my nie możemy być tak, jak normalne byłe pary?
- To znaczy?
- Nie możemy zachowywać się po rozwodzie jak cywilizowani ludzie? 
- Idź mi stąd człowieku bo jeszcze chwila, a cie uderzę.
- Zadałem ci pytanie. - oparł ręce na biodrach i bacznie mnie obserwował. 
- A ja ci na nie odpowiem. Spierdalaj. - nie uczynił tego, o co go grzecznie poprosiłam. Zatarasował mi drzwi przez co nie mogłam usiąść za kierownicą. - Gdybyś nie zauważył to ja się zachowuje jak cywilizowany człowiek. Po prostu cie ignoruję A teraz odejdź.
- To nie jest zachowanie godne cywilizowanej osoby. 
- Będę się tak zachowywać w stosunku do ciebie, jak ty zachowywałeś się dla mnie.
- Daj spokój. Przecież to przeszłość. Musisz mi to wypominać po roku życia osobno?
Nie wytrzymałam. Walnęłam mu w twarz. Własna ręka. Z przysłowiowego liścia. Pierwszy raz w swoim życiu. Jako młoda pani prawnik wiedziałam, jakie ludzie mają sposoby na wymierzanie sprawiedliwości. 
- To za to i jeszcze za tamto. Idź sobie. Zapamiętaj, ze cie nie znam.

~*~

- Oliwka, to ty?
- Tak mamo, to ja. - powiedziałam rzucając się na wersalkę. Zakupami też rzuciłam. W kąt. - Mamy jakiś alkohol? Najlepiej bimber. Ten co ma siedemdziesiąt procent. Od babci.
- Zachowujesz się tak, jakbyś spotkała Bartosza.
- Nie. Wymawiaj. Przy. Mnie. Tego. Imienia.
- Czyli spotkałaś.
-Powinnam najpierw wrobić go w jakieś przestępstwo, a później polecić się jako jego adwokat i z premedytacją przegrać sprawę. Siedziałby za kratami, przynajmniej nie musiałabym go oglądać. - wypowiedziałam jednym tchem.
- To moja wina. Nie powinnam cię ściągać z powrotem do Gdańska.
- Nie, mamo. Winę za wszystko, co dzieje się teraz i co działo się w niedalekiej przeszłości ponosi Bartosz. I tylko on. - zaakcentowałam końcówkę mojej wypowiedzi uderzając szklanką  z wodą mineralną o stół. - Jeszcze zapytał, co u mnie. Rozumiesz?! Co u mnie słychać! A na końcu stwierdził, że mu wypominam po roku to, jak się zachował! I jeszcze to jego daj spokój. Daj spokój to, daj spokój tamto, daj spokój sramto! Do tej pory grzmi mi to w uszach. Przynajmniej będzie miał odbitą moją dłoń, która przez siedem lat gładziła jego zasrane policzki.
- Uderzyłaś go w twarz? Na ulicy?
- Nie, pocałowałam go w policzek w kościele.
- Oliwka.
- Tak. Dostał. Kurwa mać! Jakbym chciała mu poprawić! Chciałabym, żeby ta moja odbita ręka nigdy nie zeszła z tego policzka! Boże!
- Ojciec wysłał kartkę na święta. - wtrąciła mama.
- No proszę. Następny. Przecież święta dopiero za dwa tygodnie.
- Co roku tak wysyła. Kto wie, może razem ze swoją nową rodziną świętuje szybciej niż my. Może tam na południu Europy mają inny zwyczaj?
- A może po prostu odpisz mu, żeby zadzwonił? Mogłabyś go usłyszeć. Pierwszy raz od dwudziestu siedmiu lat.
- Chyba nie chcę. - uśmiechnęła się lekko, ale wiedziałam, że w tym uśmiechu pełno jest goryczy i żalu.
- A wyniki kiedy?
- Czekamy. Myślę, że po usunięciu tej nerki, jeżeli nowotwór okaże się niezłośliwy, mój koszmar w końcu się skończy.
- Na pewno. - odrzekłam z pewnością w głosie.


~*~
O szóstej rano, jak to w grudniu,  było jeszcze ciemno. Wymknęłam się spod kołdry i przymknęłam drzwi od sypialni mamy. Zostałam u niej na noc, bo miałam plan. Chciałam znaleźć koperty z kartek świątecznych, które tak skrzętnie przede mną ukrywała. Przez pierwsze piętnaście minut wydawało mi się to nie do zrobienia. Mama miała tonę teczek, faktur, kartek, karteczek i nie wiadomo czego jeszcze. A co najważniejsze, znalazłam koperty. Masę kopert z adresem zwrotnym. Zrobiłam zdjęcie, żeby wszystko mieć w pamięci najważniejszego przedmiotu dwudziestego pierwszego wieku i poskładałam wszystko to, co nabałaganiłam. Czy miałam siłę, aby pakować się w jeszcze jeden wielki bajzel?







*
Nie mogę pisać po 20 maja, bo w przerwach na naukę muszę zająć się czymś, co mnie maksymalnie uspokaja. W pewnym sensie to moja druga rzeczywistość. Nie obiecuję, że będą często, ale będą. Mam nadzieję, że wszystkie tu będziecie i będę miała dla kogo się produkować. Obiecałam sobie, że to będzie najlepsze, co do tej pory napisałam. I wam też obiecuję, że to będzie niemalże szczyt tego, co będę potrafiła przekazać w tych czasem krótszych jak ten, a czasem dłuższych rozdziałach. Jeżeli chodzi o stronę zewnętrzną, wszystko jest takie jakie chciałam. Od szablonu po czcionki. Rozdział z dedykacją dla Nance, ty wiesz za co i dlaczego <3 No. Bądźcie ze mną. 

Szablon

Szablon pobrany ze strony http://szablonownica.blogspot.com

Obserwatorzy