czwartek, 12 maja 2016

Rozdział 11 - KONIEC


Gdybym opowiedział Ci o tym, co robiłem wcześniej, powiedział, jaki kiedyś byłem.. .Czy poszłabyś razem z kimś takim jak ja?Gdybyś znała moją historię słowo w słowo, miała całą moją historię... Czy poszłabyś razem z kimś takim jak ja? Kiedyś często tak robiłem, prowadziło to donikąd. Ja bym poszedł razem z kimś takim jak ty.



*

       W życiu bywa tak, że jeśli kochasz, nie wiadomo jakbyś od tego uciekał - nie zrobisz tego. Ona dogoni cie w kolejce po bułki, w drodze do pracy, w obowiązkach domowych, kiedy prasujesz jedną i tą samą koszulę dwadzieścia minut. Ona. Miłość. Wszyscy dookoła mogą mówić, że to beznadziejny pomysł, że wchodzenie kilka razy do tej samej rzeki jest najgorszym błędem jaki można popełnić. Mimo, że uczucia kiedyś zostały podeptane i wrzucone do kosza - odżyły, choć nie wiadomo tak naprawdę, kiedy nastąpił  ten przełomowy moment. Nie wierzyłam, że ludzie mogą się zmienić, dopóki nie trafiło na osobę, o którą podświadomie walczyłam ze swoim rozumem. Jeżeli ta miłość ciągle jest, musi dać mi szczęście, o które zabiegałam przez całe swoje życie. Może on po prostu tego nie rozumiał. Dwójka ludzi, emocjonalnie totalnie różniąca się od siebie. I nie kwestią płci, a kwestią doświadczeń. Ja - ta, która w swoim życiu nauczyła się, jak to jest czuć wszystko to, o którym on, tego, któremu wszystko zazwyczaj wychodziło - nie miał pojęcia. Oczywiście do momentu, w którym to ja nie stałam się powodem negatywnych uczuć pustki i tęsknoty siedzących w jego głowie. 


            Z tym, z czym wyjechałam - z tym wróciłam. A on szedł brzegiem morza lekko utykając. W domu go nie zastałam, ale Gacek mówił, że często tu chodzi. Że to go relaksuje. Widziałam go z daleka. Czarna bluza, czarny zarost, czarne spodnie i czarne buty. Wszystko czarne i ponure, zupełnie jak jego mina. Zaczęłam biec w jego stronę, jak wariatka. Aż zamoczyłam buty, a chociaż był czerwiec, woda była lodowata. Głowę uniósł dopiero w momencie w którym ludzie przeze mnie popychani zaczynali krzyczeć, co wyprawiam. Otworzył ramiona, przy czym również przyśpieszył, niemalże ciągnąc bezwładna nogę za sobą. Nie płakałam. Po prostu tkwiłam w mocnym, niedźwiedzim uścisku. 
- Zawsze miałem nadzieję, że wrócisz. - wyszeptał w moje włosy, kiedy przestał płakać.


*

koniec. i nie wiem czy nie koniec końców, bo ciężko mi cokolwiek powiedzieć. mam nadzieję,że powrócę kiedyś na jeszcze jedno nieskończone coś, co miało mieć jeszcze ze dwadzieścia rozdziałów. narazie odcinam się od wielu światów, żeby wrócić silniejsza. zakończenie miało być inne. oliwia i bartosz mieli sobie ułożyć życie z kimś innym i spotkać się po latach. nie wyszło mi, bo w głowie ukształtował się pomysł na najpiękniejszy happy end z możliwych. przynajmniej moim zdaniem. pamiętajcie , że miłość nie zawsze wystarczy. prawda brutalna, ale niestety prawdziwa. a przynajmniej nie ta jednostronna :)  nie mowie do widzenia, bo w końcu jeszcze coś mam do skończenia. a to niech zostanie takie, jak jest. może kiedyś napiszę inne zakończenie. muszę się ogarnąć. czytelnicy - a wiem po statystykach, które ze wszystkich moich blogów - na tym są najlepsze, którzy czytaliście to wyżej, przepraszam i dziękuję. 


wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział 10 Znasz go najlepiej, na wylot.






Cześć, to ja. Zastanawiałam się, czy po tych wszystkich latach chcesz się spotkać, by zostawić za sobą wszystko. Mówią, że czas powinien uleczyć, ale ja się specjalnie nie wyleczyłam. Zapomniałam jak się czułam, gdy świat padł u naszych stóp. Jest tak wielka różnica między nami...I milion mil.

kilka miesięcy później.

*

Zimne ściany, równo poskładane koce i idealnie na krańcach sofy salonowej ułożone poduszki ozdobne. Zamek coś ciężej chodzi, może zardzewiał od środka? A może to ja po prostu odzwyczaiłam się od oporu, jaki stawiał mi zawsze, kiedy wchodziłam do mieszkania? Na meblach trochę kurzu, nie mówiąc już o książkach i albumach. Gdzieś tam przy oknie zerwana przy karniszu firanka, bo pamiętam moment, kiedy przy pakowaniu niezdarnie szarpnęłam dłonią i pociągnęłam ją w dół stwierdzając, że bez sensu wchodzić na stołek i ją poprawiać. Wszystko. Dosłownie wszystko w stanie, w jakim zostawiłam odjeżdżając do Skandynawii. Co czułam? Na pewno sentyment, ale i ściśnięte gardło. Czemu tego nie sprzedałam? Kupców było sporo. Jeden to nawet chciał zapłacić więcej, niż chciałam. Ale za każdym razem, kiedy przychodziło do spisywania umowy, w czym pośredniczył mój ojciec, wycofywałam się telefonicznie, a on za każdym razem musiał się za mnie tłumaczyć. Co innego stało się z mieszkaniem mamy. Jeszcze w dzień wylotu do Szwecji sprzedałam je młodemu małżeństwu z malutką córeczką. Co do kwestii Bartosza... Zmieniłam numer, on podobno też, o czym doniósł mi Piotrek Gacek. Ponadto wiem, że wyprowadził się za Gdańsk i oprócz imprez klubowych z nikim nie utrzymuje kontaktu. Nie ukrywam, że bardzo chciałabym go zobaczyć. Może to dziwne, ale nawet i przytulić na powitanie. A jedyne miejsce, w którym go znajdę, to na pewno sala treningowa. Tylko czy to dobry pomysł przyjść sobie tak o, bez zapowiedzi i popatrzeć sobie, czy chociaż trochę się zmienił? To fatalny pomysł, ale za kilka dni wylatuję, a obiecałam ojcu i znajomym, że ich odwiedzę. Mimo wszystko, jego też choć na chwilę wypadałoby zobaczyć.


*


Specyficzny zapach męskiej szatni od razu dotarł do moich nozdrzy.
- Liv! - amerykański akcent Troya spowodował, że kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w górę. Zamykał szatnię. No tak, Bartosz wspominał, że Murphy zawsze się spóźnia. Podążyłam więc za nim, na trybunach siedziało kilka osób, między innymi żona Gacka i jeszcze parę innych kobiet. Nie pasowała mi tylko jedna rzecz. A mianowicie brak Gawryszewskiego. Może się spóźni? Niemożliwe. Trening trwa z tego co wspomniał Troy już jakieś dwadzieścia minut, a mój były mąż nienawidzi spóźnialstwa. Złapałam za ucho od torby i już wstawałam, kiedy na trybuny dowlókł się kontuzjowany Gawryszewski. O kulach. Głupia ja. Mogłam się domyślić, że siatkówka to również kontuzje. Choć gula w gardle powiększała się z każdą sekundą, postanowiłam się przywitać. Z każdym krokiem miękły mi nogi. Już zapomniałam, jak ten człowiek na mnie działa. Albo mi się wydawało. Był smutny. Patrzył gdzieś na boisko, a kiedy próbował wstać, żeby poprawić kurtkę na swoim krześle, wyraźnie się skrzywił. Aż mnie w środku zabolało przez grymas bólu na jego twarzy.
- Cześć. - szepnęłam niepewnie. Pożałowałam. Bo miałam ochotę zapaść się pod ziemie.
- Oliwia? Co ty tu robisz? Cześć. - uśmiechnął się lekko, ale za dobrze go znałam i przynajmniej przede mną ciężko było ukryć szok.
- Gdzie załapałeś to paskudztwo?
- Kolano, mecz z Kędzierzynem, pierwszy set.
- No nieźle. - skwitowałam, po czym upuściłam głowę w dół. Zrobiło się nieco niezręcznie. O czym porozmawiać ze swoim mężem po pół roku nieobecności w Polsce?
- A ty? Co tu robisz?
- W sumie to chciałam cie odwiedzić. Zobaczyć jak sobie radzisz.
- Aha. - wyraźnie się zamyślił. - Chyba nijak. Miałem iść na zakupy. Od tygodnia się zbieram.
- Pewnie ci ciężko z tym czymś. - wskazałam na kule. - Jeżeli chcesz to ... Mogę z tobą pójść.
- Nie chcę cię fatygować.
- Nalegam. - uśmiechnęłam się.
- Poważnie?
- Poważnie.

*


Już miałam zapytać, czy Bartosz w swoim nowym mieszkaniu sprząta. Dobrze, że ugryzłam się w język. Nie wypadało go dołować. Kontuzja, uniemożliwiony udział w finałach Plusligi.
- Usiądź. Ja zrobię ci herbatę.
- Z kulami?
- Nie. Z cytryną.
- Nie o to mi chodziło. -mimowolnie się uśmiechnęłam i weszłam za aneks kuchenny. - Idź i usiądź sobie. Bez sensu, żebyś z tą nogą stał i czekał, aż się woda zagotuje.
- Ale jesteś moim gościem.
- Lubisz mnie denerwować. - wypaliłam, chociaż nie miałam nic złego na myśli. Gawryszewski zmieszał się nieco, a po chwili uniósł ręce w geście bezradności i pokuśtykał w stronę sofy salonowej. - A co ci lekarz mówi na tą nogę?
- Że do wesela się zagoi. Później rehabilitacja i powinno być w porządku.
- A jak to się właściwie stało? Ktoś cie pchnął, czy po prostu noga ci poleciała?
- Sam nie wiem, ocknąłem się dopiero wtedy, kiedy koledzy znieśli mnie z boiska.
- Ała. - skrzywiłam się. - Ale do października wydobrzejesz, nie?
- Powinienem. A jeżeli nie, to trudno. Zajęć jest mnóstwo. Coś znajdę. Będę szydełkował.
- Bartosz! - aż usiadłam obok z wrażenia kładąc wcześniej na stole dwie herbaty. - Co ty wygadujesz? Przecież jedna kontuzja nie przekreśla twojej kariery. Pamiętasz jak miałeś problemy z kręgosłupem? I śladu nie ma.
- Mam trzydzieści lat.
- To co? Czy trzydzieści lat to dużo?
- Dla sportowca...
- Nawet i dla sportowca stanowczo nie.
Co prawda psychologiem nie jestem, ale w jego głowie dzieje się coś niedobrego. Zakończenie kariery, szydełkowanie, obojętność na swoje zdrowie... Może przesadzam, może się nie znam, ale tu chodzi o coś innego.
- Podasz mi ten niebieski woreczek?
- A. Jasne. Zamyśliłam się. A co to?
- Moje proszki. Trochę mnie to trzyma przy życiu.
Nie patrzyłam na zawartość opakowań. Ale upiłam może łyk zrobionej dopiero co herbaty i coś mnie tknęło, żebym jeszcze raz pojechała na halę. Oczywiście pożegnałam się w taki sposób, aby Bartosz nie wyczuł, że coś kombinuję. A to on coś kombinował. Ewidentnie zmyślał. A jak nie, to przynajmniej będę mieć dowody.

*



To się chłopcy zdziwili, jak Bartosza ze mną nie widzieli.
- Piotrek, lekarza waszego mi trzeba?
- Coś z Bartkiem nie tak?
- I tak i nie. Gdzie go znajdę?
- Ale i tak się niczego nie dowiesz. Tajemnica lekarska.
- Teoretycznie ciągle jestem jego najbliższą osobą z wyjątkiem rodziców. Dzieci nie mamy.
- Liwka. - odrzucił piłkę, pomachał do Andrei, że robi chwilę przerwy i pociągnął mnie na bok. - To nie wydarzyło się na meczu. A przynajmniej nie bezpośrednio.
- Wiedziałam, że zmyśla.
- Z nim nie jest najlepiej. I ja ci tego nie mówię po to, żebyś się nad nim zlitowała. Broń Boże. Chodzi o to, że jak pójdziesz do lekarza, to wyjdzie na to, że i my wszyscy kręcimy. A wtedy nie będzie wesoło.
- Piotruś. Do rzeczy.
- No bo jak wyjechałaś to z Bartoszem zaczęło się źle dziać. Albo się przetrenowywał, albo siedział całymi dniami i spał, albo jeżeli już spotykał się z kumplami to upijał się do nieprzytomności. No i przed tym meczem z Kędzierzynem to było tak, że trochę popłynął i w moim własnym domu, a właściwie na ogrodzie, na moich oczach, wypieprzył się. Szkoda, że bardzo niefortunnie. Wykręcił lekko kolano. Wiedzieliśmy, że ewidentnie coś naderwał, oczywiście trenerom ani sztabowi się nie przyznał. A później w trakcie meczu się doprawił. I stało się tak, jak się stało. Oczywiście nic nie powiedzieliśmy, bo mogłoby się to źle skończyć... Mógłby wylecieć z drużyny albo coś... A wtedy to już by chyba całkiem się załamał. Ogólnie to on nie stosuje się do zaleceń naszych lekarzy, nie ćwiczy nogi w domu, wymiguje się przed rehabilitacją kłopotami rodzinnymi, a tak naprawdę to siedzi i gapi się w twoje zdjęcia i wszystko co z tobą związane.
- Co ja mam ci teraz powiedzieć? - oczy mi się normalnie spociły po tym gackowym monologu.
- Nic nie mów, po prostu mu pomóż. Zmuś go jakoś do tego leczenia, bo inaczej nie wróci do gry. A to kolano. Poważna sprawa. Niejeden skończył karierę. Z resztą chyba wiesz, co znaczy mieć poważną kontuzję. Sama miałaś wypadek.
- Piotrek. Ale ja muszę wracać do Szwecji... Przyjechałam na kilka dni...
- To chociaż z nim porozmawiaj, nie wiem, dzwoń. Cokolwiek. Jesteś jego żoną, znasz go najlepiej. Na wylot.
- Myślisz, że powinnam do niego teraz pojechać?
- Myślę, że to to jest niezbędne.
Ta gonitwa po Gdańsku i za Gdańsk powoli zaczynała mnie męczyć. Bartoszowi nie powiem, że znam prawdę, bo byśmy się pokłócili jakiś tysięczny raz od kiedy się znamy, jeszcze bym go w tą nogę kopnęła, albo coś innego i nie wynikło by z tego nic dobrego. Stanęłam pod drzwiami i pukałam jak głupia, aż jakaś sąsiadka z naprzeciwka wyszła zobaczyć, czy aby na pewno nic się nie stało. Bartosz wyłączył też telefon. W mojej głowie kotłowały się różne myśli. Te najgorsze. Że leży nieprzytomny, albo gdzieś poszedł i potrzebuje pomocy. Pozwoliłam więc sobie wejść bez pozwolenia. Wszystko stało dokładnie w tym samym miejscu co jakąś godzinę wcześniej. Herbata już zimna, poduszki przekrzywione, niebieski worek obok jego kubka, a przynajmniej w tym pomieszczeniu brak jakiejkolwiek innej osoby z wyjątkiem mnie. W kuchni również, łazienka też pusta. Na szczęście w sypialni zastałam śpiącego Bartosza. Spał w tej pozycji co zwykle. Na boku, przytulając poduszkę i miarowo oddychał. Czyli wszystko w porządku. Cicho przymknęłam drzwi. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie przejrzała, co znajduje się w niebieskim worku. Oprócz jakiś antybiotyków lekarstwa nasenne. Czy aby na pewno lekarze Trefla zapisują tabletki na sen swoim zawodnikom? Szczerze w to wątpie. Przez przypadek przekrzywiłam obrus na stole i chcąc go poprawić wymacałam jakieś kartki. Całkowicie go podwinęłam, usiadłam w miejscu, gdzie wcześniej piłam herbatę i przeglądałam, co to. Kilka białych kopert zaadresowanych do Szwecji, dokładny adres miejsca, gdzie mieszkałam. W każdej z tych kopert biała kartka papieru od góry do dołu zapisana jego iście lekarskim pismem. Przeczytałam wszystko. Próbowałam nie płakać, ale kiedy doczytywałam ostatni już list, za tajemniczym skrótem ''PS'' zapisane były dwa słowa, które chociaż bardzo proste totalnie mnie rozbiły.
- Wróć, proszę. - szepnęłam sama do siebie, tak jakbym chciała na głos przeczytać to, co było napisane, ale zabrakło mi odwagi.
Wzięłam więc wszystkie koperty ze sobą chowając je do torebki, a z rozmowy i tak nici. Bo albo stchórzyłam, albo to po prostu nie był dobry moment, aby ponownie poważnie rozmawiać, po tym wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim czasie.




*

taka niespodzianka. jeszcze jeden i kończymy to opowiadanie. :)
do nowego roku chciałabym je całkowicie zamknąć.
a tymczasem wesołych świąt!

ps: chcialabym coś trochę poczynić w kierunku kosmetycznym. nie, nie lifestyle (chociaz uwielbiam takie blogi), ani nie ciuchy (bo ani figury nie mam ani zbyt piekna nie jestem zeby prezentowac cos na sobie, moze na wieszaku XD) tylko głownie recenzje kosmetykow. w sensie testy, opinie, obiektywne spojrzenie na produkty. tylko troche sie boje. XD

wtorek, 4 sierpnia 2015

Rozdział 9 - Za późno.

Bo ja gapię się w zaplute deszczem okno
Widzę jak znika rynek, znika stare miasto
I słyszę jak tylko dzwoni szkło o szkło
Gdzie jesteś?


Choć doskonale wiedziałam, gdzie jest mieszkanie Bartosza i na którym piętrze się znajduje, myślenie nad jego reakcją na mój widok zajęło mi dobre pół godziny. Z kulą pod pachą kręciłam się wokół własnej osi i już nawet mojego szofera - Biernackiego odstawiłam z kwitkiem. Kazałam mu jechać do domu i zapewniłam, że w razie czego do przejścia mam tylko dwa bloki. Kiedy zrobiło mi się już zimno doczołgałam się po schodach i cicho zapukałam. Miałam nadzieje, że nie usłyszy, ale już po chwili otworzyły się drzwi.
- Nie wiem, czy to, że lekceważysz sobie swój stan zdrowia jest normalne, ale zadziwiasz mnie.
- Możemy porozmawiać? Chcę to mieć za sobą, ostatecznie.
Wpuścił mnie do środka schylając się uprzednio aby rozprostować dywan i pozbierać dwie walające się po ziemi koszulki.
-Więc? Co cię tu sprowadza? - zapytał.
- Bo ja tu czegoś nie rozumiem. Za nic w świecie nie mogę tego zrozumieć.
- Ale czego?
- Bo się kurwa mać pojawiasz znikąd, przy kasie fiskalnej, wybiegasz za mną na zewnątrz, nachodzisz moją matkę, mojego ojca, moją pracę, moją przyjaciółkę, mnie podczas świąt i nie raczysz mi powiedzieć dlaczego to wszystko! Dlaczego tak ci zależało, żeby narobić mi wstydu w pracy, żeby postawić Biernackiego w takiej sytuacji, w której opadły mu ręce? Dlaczego za mną jechałeś przed tym cholernym pieprzonym wypadkiem i dlaczego nie zeznałeś, że to prawie ja wjechałam w jakąś inną kobietę na czołówkę i dopiero później odbiłam na te głupie bandy? Dlaczego  siedziałeś w szpitalu jak byłam nieprzytomna i po co w ogóle tam przyszedłeś?
Milczał. Ja się zasapałam z tego wszystkiego, a on patrzył przed siebie w jeden martwy punkt. Złapałam go za ramię i zaczęłam szarpać.
- Bartosz, ja do ciebie kurwa mać mówię! Dlaczego to wszystko? Co się stało? Do czego ja ci jestem potrzebna? Masz długi? Chcesz pożyczyć pieniądze? Masz problem i zostałeś z nim sam? Dlaczego mi nie powiesz?! Proszę... Powiedz coś! Powiedz mi bo oszaleje!
- Liw, błagam. Nie chcę wypowiedzieć słów, których za moment obydwoje będziemy żałować.
- Najgorsze zostało już wypowiedziane.
- Ale...
- Powtarzam. Najgorsze słowa już dawno padły.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Tak.
- Kocham cie. I nigdy nie przestałem. I jesteś mi potrzebna do życia. Tylko i aż tyle.
Nie przewidziałam, że padną takie słowa. Mój oddech przyśpieszył a do oczu napłynęły łzy.
- Nie możesz mnie kochać.
- Ale kocham. I ja nic na to nie poradzę.
- Nie możesz mnie kochać, bo mi wszystko utrudnisz. Bo już to zrobiłeś. Dlaczego ty to wypowiedziałeś?!
- Przecież chciałaś.
Miał rację. Chciałam. Tylko nie przemyślałam sobie, co tak naprawdę może się wydarzyć.
- Nie możesz. - rozpłakałam się powtarzając swoje słowa.
- Nie musisz nic z tym robić. Zignoruj to, Liw.
- Ale skąd ja mam wiedzieć, czy ty mówisz prawdę?
- A czy wyglądam teraz jakbym kłamał? Chciałaś prawdy, a ja wiedziałem, że jak się  o tym wszystkim dowiesz to tak zareagujesz. Wiedziałem, że będziesz płakać. Wiedziałem to. Rozumiesz?
Puściłam jego ramię i odeszłam w stronę drzwi.
- No powiedz coś. Proszę. - dopominał się.
- Będziesz o mnie walczył?
- A pozwolisz mi na to?
Nie odpowiedziałam. Zamknęłam drzwi i cicho łkając udałam się w stronę swojego mieszkania. Patrzyłam przed siebie, trącałam ludzi, miałam przed oczami mojego byłego męża. Jego smutny wzrok, ściszony głos i trzęsąca się klatka piersiowa całkowicie rozbiły mnie od środka o ile można było zrujnować moje wnętrze jeszcze bardziej niż było ono zrujnowane. Co miałam robić? Czy ja jeszcze kochałam Bartosza? Czy potrafiłam wzbudzić w sobie uczucie, które żywiłam do niego siedem lat swojego życia? I do kogo miałam pójść? Wrócić do Gacka?


*
Nie powiedziałabym, że Piotrek zdziwił się widząc mnie zapłakaną w drzwiach.
- Chyba domyślam się, co usłyszałaś.
- Od początku wiedziałeś? - zapytałam opierając się o futrynę drzwi wejściowych.
- Kobieto. My już po rozwodzie wiedzieliśmy, że on tego pożałuje. Nie minął tydzień. Miał takie głupie podchody... Z tymi świętami i pójściem do tej twojej koleżanki... Spieprzył kilka opcji, ale chyba sam nie wiedział, co ma zrobić żeby cię odzyskać.
- Piotrek, ja do niego nie wrócę. - popatrzyłam na Gacka i przyznam, że oczekiwałam aprobaty.
- Co ja ci mogę powiedzieć? Zrobisz jak zechcesz. Tylko Bartek już z nikim innym nie będzie. Ani z twoją koleżanką, ani z nikim innym. Jest ślepo zapatrzony w ciebie.
- To dlaczego mnie zostawił?! Dlaczego do tego dopuścił?
- Bo jest idiotą. - skwitował. - Kuźwa nie potrafię doradzić. Wiem jak to jest. Masz do niego żal. Ale on jest moim kumplem i wiem, a raczej wierze, że między wami nie wszystko jeszcze stracone.
- Zapytał, czy pozwolę mu o siebie zawalczyć.
- I co ?
- I chcę się od niego odciąć.
- Czyli odpowiedź jest negatywna. - bardziej stwierdził niż zapytał Gacek. Nie pozostało mi nic innego jak wstać i pożegnać się.
- Mam nadzieję, że kiedyś wszyscy zrozumiecie moją decyzję. Dostałam propozycję wyjazdu do Szwecji. Do rodziny mojego ojca. To będzie najrozsądniejsze.
- Oliwka, ty mu tego nie możesz zrobić. - powiedział błagalnie Piotrek, ale starałam się być niewzruszona.
- Bez sensu, wiem. Ale wiele rzeczy w moim życiu nie miało sensu. Mogłam się szybciej rozwieść, albo później wyjść za mąż.
- Nie pierdol, że żałujesz tego, że byłaś jego żoną. W świetle kościoła nadal nią jesteś.
- Gdybym ci powiedziała, że żałuję, to bym skłamała. Ale gdybym powiedziała, że nie, sytuacja byłaby taka sama. Więc tak naprawdę to nie wiem. Widocznie bardzo się kochaliśmy skoro teraz tak trudno nam o sobie zapomnieć. Chociaż jemu się prawie udało. Mnie nigdy.
- Oliwia! Jemu się nigdy nie udało. - Gacek chwycił mnie za ramiona nie zważając na ból mojego barku. - Nigdy mu nie wyszło. Zawsze była Oliwia i nikt inny.
- Nawet wtedy, ja przez trzy lata byłam dla niego zerem?
- Nawet wtedy.
- Idę. Przyjdę się pożegnać lada dzień.
- Przemyśl to. - powiedział przy zamykaniu drzwi.
Na zewnątrz czekał na mnie ojciec. Użyczył mi swojego ramienia i chyba czekał aż coś powiem.
- Możesz zarezerwować mi ten bilet. - odpowiedziałam lakonicznie.
- Co powiedział Bartosz?
- Nic szczególnego. W sumie to wszystko pozostało bez zmian.
- Czyli poszłaś tam na nic? - dopytywał.
- Zupełnie niepotrzebnie.
Wzruszył ramionami i podprowadził do domu.
- Jutro pomogę ci się pakować. Lepiej, żebyś nie przeciążała ręki.
- Jasne.
- Na pewno niczego ciekawego nie dowiedziałaś się od Bartosza?
- Przecież już mówiłam, że poszłam tam na marne.
- Pokłóciliście się?
- Tak. Znaczy się nie. Było spokojnie, ale raczej już nie będziemy więcej rozmawiać.
- Nie rozumiem.
- Równie dobrze mogłam tam nie iść. Na tym zakończmy tą dyskusję.

*

Leżałam na sofie przytulając album ze zdjęciami i z całej siły próbowałam się nie rozpłakać. Nie wyszło. Łzy ciekły potokiem. Wiedziałam, że czeka mnie ostateczna odprawa przez przeszłość. Moim postanowieniem był wyjazd na stałe, Przeglądałam drobiazgi, które mogłabym, a raczej muszę zabrać ze sobą i gdzieś tam z górnej półki wyciągnęłam jeden z albumów. Pierwsze zdjęcie podpisane i wsadzone  dziesięć lat temu. Dzień otrzymania wyników z matur. Ognisko na mojej działce. Ja z Gośką na grubo zakrapianym grillu, gdzieś tam w tle reszta naszej klasy stukająca się butelkami z piwa. Drugie zdjęcie pod Uniwersytetem Warszawskim, kiedy dowiedziałam się, że zostałam studentką prawa. Uśmiechnięta blond włosa Oliwia z szerokim uśmiechem i kciukiem wystawionym w górę. Trzecie zdjęcie to pierwsza studencka impreza, na której poznałam Gawryszewskiego. I od razu pierwsze wspólne zdjęcie. Młodzi, beztroscy, siedzący obok siebie i robiący śmieszne miny do obiektywu. Kolejna fotografia to zdjęcie pod Uniwersytetem w Gdańsku, symbolizujące nowy rozdział studenckiego życia po zrezygnowaniu z nauki w Warszawie. Bo albo zaliczam i przenoszę się do innej szkoły, albo czeka mnie poprawka całego roku. Takie wspomnienie. Smutne, ale jednocześnie zwiastujące rozkwit mojej relacji z Gawryszewskim, bo już na zdjęciu poniżej mam na sobie niebieską sukienkę, on niebieski krawat i pozujemy z jego bratem i świeżo upieczoną żoną do zdjęcia. Popatrzyłam na siebie i stwierdziłam, że wyglądałam lepiej niż panna młoda. Uśmiechnęłam się. Przerzuciłam kolejne strony i przypominałam sobie okoliczności, w  jakich poszczególne zdjęcia zostały wykonane. I tak natknęłam się na pierwsze święta z Bartoszem w moim domu, jeszcze jako niczego nie świadoma przyszła narzeczona, następnie zdjęcie z zaręczynowym pierścionkiem na palcu, kolejne w salonie sukien ślubnych z moją mamą, aż w końcu najpiękniejsze zdjęcia ślubne robione przez  Gośkę. Artystyczne. Z duszą. Bez kiczu i dodatkowych efektów. Romantyczne ujęcia uścisków i pocałunków spowodowały, że w swoim gardle poczułam ścisk. I brnęłam dalej. W zdjęcia splecionych dłoni, pokazywania obrączek, pozowania przy zachodzie słońca i pomiędzy drzewami w pobliskim lesie, przez które biły promienie. A wszędzie ja. Taka szczęśliwa i po uszy zakochana. I Bartosz. Wpatrzony we mnie jak w obrazek. Nie wytrzymałam. Zamknęłam na ostatnim ślubnym zdjęciu, aby nie widzieć żadnego z wakacji na Wyspach Kanaryjskich i tych późniejszych w Norwegii, Grecji, Wyspach Brytyjskich i Bułgarii. W głowie powtarzałam ciągle: 'Co się z nami stało?', bo tak naprawdę nadal nikt nie odpowiedział mi na to pytanie. Nadal nie rozumiałam jak taka miłość mogła zakończyć się fiaskiem. Bo bajkowe uczucie nawet w najgorszym śnie nie mogło mieć takiego finału. Tych trzech zmarnowanych lat. Zmarnowanych na czekanie na cud, bo inaczej nie można tego nazwać. I owszem. Cud nastał jak się okazało. Ale później. O wiele, wiele chwil, łez, momentów, wydarzeń, godzin, miesięcy i lat  za późno.


*

Moje mieszkanie opustoszało. Ojciec ustawił walizki z ciuchami pod drzwiami, a mnie samej kazał jeszcze przez ostatni dzień przed wylotem odpocząć i przemyśleć, co ostatecznie zrobię z mieszkaniem. Nie posłuchałam go. Najpierw zaglądnęłam do Gacka. Przytuliłam go i obiecałam, że na pewno pojawię się za jakiś czas w odwiedziny. W końcu zostawię w Gdańsku kilka niepozałatwianych spraw i ktoś musi to wszystko ogarnąć. Piotrek mówił mało, uśmiechał się tylko lekko i mocno mnie ściskał.
- Uważaj na siebie. Dzwoń tak często jak dasz radę. Pójdziesz teraz do Bartosza?
- Muszę. - odrzekłam zgodnie z prawdą i podążyłam do mieszkania swojego ex-męża.
Otworzył zdziwiony, skinął dłonią i już miał mi pomóc ściągać kurtkę, kiedy zaczęłam mówić.
- Przyszłam do ciebie bo chciałam się pożegnać. Wyjeżdżam do rodziny Biernackiego. Na stałe. Tak będzie najlepiej dla ciebie i dla mnie.Przestaniemy się widywać. Ja nie będę mieć przed oczami tego, co mi zrobiłeś, a ty nie będziesz musiał kryć się ze swoimi uczuciami, bo z czasem wszystko ci minie.
- Jasne.  - odburknął. - Coś jeszcze?
Zamurowało mnie. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię.
- A co chcesz usłyszeć?
- W zasadzie to po tym co teraz usłyszałem, mam dość czegokolwiek. 
- Bartosz...
- Nie. To twoja decyzja. Powiedziałem, ci, że zrobisz jak zechcesz. I zrobisz.
Wzięłam głęboki wdech.
- Uważaj na siebie.
- I co? I tyle? - krzyknął, a ja wzdrygnęłam się. Moje ciało oblał zimny pot.
- Tyle. - szepnęłam i zamknęłam drzwi powoli kuśtykając w stronę swojego mieszkania.




***

hej hej hej mowilam, zebyscie czuwali? no.to jestem. ale jeszcze dwa, góra trzy rozdzialy takze przestanę was katowac. ale no. lubię o opowiadanie. ale zapraszam was na www.mamy-siebie-nawzajem.blogspot.com a wlasciwie nie ja tylko Magda was zaprasza. Do nastepnego!

czwartek, 23 lipca 2015

info

http://mamy-siebie-nawzajem.blogspot.com/2015/07/1-hej-spaa-wioska-niemaa.html

tutaj tez coś będzie, ale zaczynam tez tam. zapraaaszam !!!

wtorek, 30 czerwca 2015

Rozdział 8 - Nie bój się mówić, że przepraszasz.

''Ten most to moja wina. Czułem się zamknięty w klatce i postanowiłem odejść. Goniąc wolność, którą myślałem, że straciłem. Po prostu nie byłem gotów przyznać, że się myliłem, ale gdy posmakowałem nowego świata odkryłem, że klatka to miejsce, do którego należę.''



soundtrack


~*~
Szpitalne światła choć biły po oczach nie pozbawiły mnie widoku dwóch pielęgniarek i lekarza. Zamrugałam jeszcze kilka razy aby wyostrzyć obraz, co personel przyjął z entuzjazmem. 
- Jak dobrze, że jest już pani z nami. Słyszymy się?
- Słyszymy, ale gdzie byłam wcześniej? -zapytałam marszcząc lekko brwi.

- Gdzie to nie wiem, ale była pani nieprzytomna. Kilkanaście godzin. Ogólnie dużo szczęścia po pani stronie, wstrząs mózgu, bark poza stawem i złamana kość udowa. Przez pierwsze tygodnie będzie ciężko, ale dojdzie pani do siebie.
- Czy zrobiłam coś komuś?
- Na szczęście nie, świadkowie zdarzenia zeznali, że od początku kierowała pani pojazd w stronę balustrad oddzielających drogę od zjazdu w pole i drzewa. Ale już po wszystkim. Proszę wypoczywać.
Doktor odwrócił się i wyszedł z sali, a z korytarza usłyszałam charakterystyczny głos proszący o możliwość wejścia. Gawryszewski delikatnie zapukał i wolnym krokiem zbliżył się do stołka stojącego obok mojego łóżka.
- Jechałem za tobą. - szepnął. - Jeżeli chciałaś zrobić mi na złość tym wypadkiem, to ci się to udało. O mały włos nie umarłem.
- Myślisz, że zrobiłam to celowo?
- Oświeć mnie.
- Nie chciałam tego zrobić. - odwróciłam głowę i przymknęłam powieki.
- Nieważne. Załatwiłem fizjoterapeutę. Kiedy wyjdziesz ze szpitala odpowiednio się tobą zajmie.
- Nie musiałeś tego robić.
- Ale chciałem.
- Nie musisz tu być...
- Ale chcę.  - przerwał. - A resztę wyjaśnimy jak dojdziesz do siebie.
- Nie. Resztę wyjaśnimy teraz. O ile jest co wyjaśniać.
- Dobrze, ale w takim razie zrobię to najszybciej, jak to możliwe. Z Iwoną nie łączy mnie kompletnie nic. To ona sobie coś ubzdurała, że skoro my to przeszłość, to może z nią mi się powiedzie. Przyszedłem do niej bo dzwonił do mnie twój ojciec. Przemówiłem jej do rozumu i od razu pojechałem za tobą.
- Wiesz, że nie musiałeś mi tego wszystkiego mówić? Przecież z niczego bym cie nie rozliczała. A może ty po prostu dałeś jej nadzieje kiedy byliśmy jeszcze małżeństwem?
Salę wypełniła niezręczna cisza. Chociaż widziałam Bartosza zmieszanego już nie raz. Przy temacie o zabawkach na śmietniku, przy świątecznej alkoholowej libacji i przy wybuchu szczerości w kancelarii ojca. Teraz było inaczej. Bo oprócz zmieszania w jego spojrzeniu widziałam wściekłość.
- Zapamiętaj sobie jedno. - zaczął. - Możesz mi zarzucić wszystko. Ale nigdy, przenigdy cie nie zdradziłem. Nawet nie patrzyłem na inne kobiety. Wszędzie i wszystko, co robiłem, robiłem sam, przez swoją głupotę bądź wszystko inne, ale nie przez kochankę. Nie obwiniaj mnie za to, czego nie zrobiłem. Rozumiesz? - przy ostatnim słowie podniósł głos. 

- Chce zostać sama. - wyszeptałam, na co odwrócił się i udał w stronę drzwi zatrzymując się przed progiem. Chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wypuszczeniem powietrza z płuc dał mi znak, że skapitulował.
 ~*~

Minął tydzień. Ojciec bywał u mnie codziennie po pracy, a Bartosz był w Rzeszowie. Nasz kontakt ograniczył się do telefonicznego. Jednak ewidentnie coś było nie tak. Od naszej rozmowy w szpitalu Gawryszewski stał się oschły, nazbyt służbowy i choć przez dwa dni nie miałam z tym najmniejszego problemu, zaczęły mną targać wyrzuty sumienia. Bo zachowałam się nie w porządku. Doskonale wiedziałam, że Bartosz mnie nie zdradził, a już na pewno nie z Iwką. Tylko na co ja liczyłam snując te nieprawdziwe oskarżenia? W sumie to jego postawa wobec mnie przestała już dziwić. I muszę zrobić coś, czego nie chcę i czego nienawidzę, bo tak ciężko mi się przyznawać do błędów. Z resztą jemu też. To nas łączyło. Muszę przeprosić. 

~*~
''Bo czy ty wiesz chociaż, ile cierpienia jest w tobie? Może tyle, ile we mnie za tobą tęsknoty. Może jedno jest nasze cierpienie, a nie wiemy o tym. Może to ty jesteś moją pamięcią i niepamięcią. I wszystkim, co tylko czuję przez ciebie. Wszystkim, co w ogóle czuję"


O tym, że wychodzę ze szpitala nie powiedziałam nikomu. Ojciec miał ważne spotkanie i choć prosił, abym zadzwoniła kiedy będę go potrzebować, po prostu tego nie zrobiłam. Bartosz trenował już w Gdańsku i doskonale wiedziałam którego dnia wrócił z Rzeszowa. Pod szpitalem był przystanek, więc jadąc autobusem miejskim sama skazałam się na jeszcze większy ból mojego ciała, niż sobie wyobrażałam. Jakiś miły człowiek pomógł mi wnieść do autokaru torbę, a kiedy zasygnalizowałam próbą schylenia się po rzeczy, że chce wysiąść, ten sam mężczyzna wyniósł moje manatki łącznie z kulą na zewnątrz. Wkręciłam mu, że za chwilę ktoś po mnie przyjedzie i nie musi odtransportować mnie do domu. Głęboki wdech, pochylenie się po torbę i umieszczenie jej w zgięciu łokcia, a następnie wzięcie kuli tą samą ręką i umieszczenie jej w odpowiedni sposób. Wyglądałam śmiesznie i zdawałam sobie z tego sprawę, ale wybity bark bolał coraz bardziej, a zdrowa, na szczęście tylko zadrapana noga nie dawała rady utrzymać niemalże całego ciała. Po zrobieniu kilku kroków wszystko łącznie ze mną wylądowało na ziemi. Wprost pod nogi Bartosza. No masz. Teraz się zacznie. Ale moja pani Duma jak zwykle wzięła górę i kiedy przystanął w bezruchu aby przyjrzeć się poszkodowanej, a byłam nią ja, po prostu go zignorowałam. Zasapał nerwowo i wyminął mnie. Czerwone światło na przejściu dla pieszych zmusiło go do spoczynku. Może czekał na słowa z moich ust, które zachęcą go do minimalnej pomocy? Nie wiem, ale ból barku zmusił mnie to wypiszczenia prośby.
- Bartosz.. Mógłbyś podnieść mi torbę? Proszę. - ostatnie słowo powiedziałam najciszej jak mogę, ale na reakcję nie czekałam długo. Przybiegł natychmiastowo.
- I tak bym się wrócił. - powiedział i podniósł mnie razem z bagażem i kulą, zanosząc do klatki na pierwsze piętro mieszkania, w którym kiedyś mieszkaliśmy wspólnie.
- Dziękuję. - odpowiedziałam, kiedy pod nogami poczułam grunt.
- Przestań zachowywać się jak dziecko, bo prośba o pomoc nie urazi twojej dumy. Siła człowieka nie objawia się tym, że po wypadku samochodowym z połamanymi kończynami wychodzi się ze szpitala nie mówiąc nic nikomu, ale tym, że kiedy jest źle potrafi się poprosić o pomoc.
Staliśmy w pozycji bliżej nieokreślonej dla naszej relacji. On patrzył na mnie zmęczonymi swoim ciężkim trybem życia oczami, a ja próbowałam wyłapać coś w jego spojrzeniu, czyniąc tak samo jak on. I nie mam pojęcia co jest w jego oczach. Chyba jakiś wyrzut, albo coś w tym stylu. W każdym razie coś niedobrego. Naszemu wpatrywaniu się w siebie nie przeszkodziło nawet wejście mojego ojca, który chyba mocno się zdziwił.
- Znalazłem ją pod klatką schodową jak leżała na swoich rzeczach. - wkopał mnie zdenerwowany Bartosz.
-  Oliwia to było bardzo głupie, wiesz o tym?
Czułam się jak malutka dziewczyna, którą rodzice upominają za  jakiś szczeniacki wybryk. Pozostało mi usiąść na kanapie bez słowa.
- Na mnie już pora. Do widzenia panu.
- Do widzenia.
Panowie pożegnali się oschle i od razu wiedziałam, że się nie polubili. Bo tak naprawdę i jeden i drugi mają powody.
- Chcesz, żeby tu przychodził?
- Muszę go przeprosić. Poza tym uratował mi życie. I tyłek przed policją. Zeznał, że od początku kierowałam się w barierkę, a tak naprawdę to początkowo jechałam na czołówkę nie swoim pasem. Dopiero później odbiłam w bok.
- Oliwka, co ty najlepszego chciałaś zrobić? - zapytał głosem pełnym litości i współczucia Biernacki.
- Byłam zdenerwowana. Jak zobaczyłam jego... I ją. Jak on do niej idzie i jak patrzy na mnie, kiedy siedzę w aucie i odjeżdżam.
- A za co masz go przepraszać?
- Bo go oskarżyłam o zdradę, której nigdy wcześniej się nie dopuścił. Z resztą teraz też nie, bo jego z Iwoną nic nie łączy.
- Wierzysz mu?
- Nie wiem! Bo niby po co by przychodził i mi się tłumaczył, jeżeli jesteśmy rok po rozwodzie?
- Może ci powie, kiedyś... - raczej stwierdził niż zapytał.
- Muszę go przeprosić. - uniosłam w górę wzrok i popatrzyłam na ojca.
- Więc do niego zadzwoń i poproś, żeby wrócił. - Biernacki wyprostował się i podał mi komórkę. - Bo inaczej ja to zrobię.
- Dlaczego mnie do tego namawiasz?
- Zadzwoń. - powtórzył i klepiąc mnie po ramieniu udał się w stronę wyjścia. - Przyjadę jutro.
- Przecież nie musisz iść.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz. 

Zanim odblokowałam telefon minęło dobre dziesięć minut.
- Oliwka, nie bój się mówić, że przepraszasz. - powtórzyłam sama do siebie i w końcu wykonałam połączenie. Choć Bartosz odebrał, milczał.
- Bo jeżeli chcesz, to możesz przyjść.
Boże, Oliwia! Jakie to było głupie. Głupia Ty.
- A stało się coś? - zapytał zdziwiony.
Zabrakło mi słów. Teraz to ja milczałam. Bo co miałam powiedzieć? Że co?
- Za chwilę przyjdę. - odrzekł krótko i tyle było z naszej rozmowy. 


I przyszedł. Za jakieś piętnaście minut. Opatulony szalikiem, z skórzanych rękawiczkach i puchowej kurtce. Tej sprzed paru lat, którą mu kupiłam. Zdjął buty i rozglądnął się po pokoju, jakby czegoś szukał.
- Zmieniłaś zasłony. - błysnął niczym choinkowe światełko z salonowego kąta, bo ciągle był styczeń i okres tuż po Bożym Narodzeniu.
- Bartek, przepraszam cie.
- O. - skwitował krótko, ale chyba się zdziwił.
- Ja wiem. Ja wiem, że ty nigdy... No że nikogo nie miałeś. Właściwie to ja nawet nie powinnam się wtrącać do ciebie i Iwki i ...
- Czekaj, czekaj. Stop, Oliwia. - przerwał i usiadł obok mnie na sofie. - Nie ma Iwony. Nigdy nic od niej nie chciałem.
- Ale ja wiem. - patrzyłam na niego bez skrępowania. Byliśmy tak blisko pierwszy raz od roku. Żadne nie odezwało się przez dłuższą chwilę.
- Wiesz co? Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. Że usiądziemy na tej kanapie przy herbacie i talerzu z ciastkami rozmawiając o wszystkich ważnych i mniej ważnych sprawach, jakie nam się przytrafiły w ostatnim czasie. Mam nadzieje, że będziesz na tyle otwarta, że mi się zwierzysz i będę mógł ci doradzić na tyle, na ile będę mógł. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to, że nie mogłem ci dać tego domu z ogrodem pełnym malin, które tak uwielbiasz i tego psa, bo przecież ty kochasz psy. Że nie mogłem ci dać tych wszystkich wspólnych poranków, bo w sezonie zwiedzam każdy zakątek Polski. Po prostu na mnie nie zasłużyłaś i dlatego odszedłem. Chciałem dać ci takie życie, na jakie zasłużyłaś, ale wiedziałem, że to nie ja będę trwał obok ciebie. Wybacz mi, że chciałem twojego szczęścia, bo jesteś wspaniała i na nie zasługujesz. A ja zburzył bym ci ten twój światopogląd i wszystkie plany. Przepraszam, że nie potrafiłem się zmienić.
- Gdzie idziesz? - szepnęłam, kiedy wstał i ubrał się z powrotem.
- Nie wiem. Idę kolejny raz uświadomić sobie jak marnie postąpiłem nie walcząc. Obiecałem ci, że zniknę kiedy tylko dojdziesz do siebie. Spełniam twoją prośbę, bo przecież wiem, jak bardzo chciałaś żebym się już nigdy nie pojawił w twoim życiu.

Nie zatrzymywałam go. Wraz z zamknięciem się drzwi wejściowych po policzkach pociekły mi łzy. W głowie miałam mętlik, a serce waliło mi jak dzwon. Bo ja przecież niczego nie chciałam. Przeżyłabym bez domu z ogrodem, bez psa, bez tych pierdolonych malin i wspólnych poranków siedem razy w tygodniu. Dlaczego to wszystko musiało się tak potoczyć i dlaczego powód naszego rozwodu był właśnie taki? Co czuje Bartosz po tym wszystkim, co powiedział i gdzie on w ogóle jest? Gdzie poszedł? I dlaczego pojawił się drugi raz po to, żeby drugi raz mnie zostawić z tym wszystkim, co wróciło? Bo miało co wrócić. Wrócił kawał wspólnego życia, kawał wspólnej historii. I to było dla mnie ewidentnie za dużo. Zadzwoniłam po ojca, aby zabrał mnie do mieszkania wynajmowanego przez Piotrka Gacka. Bo Gato musiał wiedzieć, gdzie jest Bartek. Przecież się odwiedzali. Po kilkunastu minutach Gacek zszedł w dół w piżamie i zimowej kurtce, abym nie musiała fatygować się i obolała wchodzić po schodach.
- Ty wiesz. Ty wiesz gdzie jest Bartosz...
- No... W domu.
- Gdzie on mieszka?
- A. Zacznijmy od tego. Dobrze. Dwa bloki od ciebie. Pod dwunastką w dziesiątce. Myślałam, że się domyśliłaś... Przecież twoja mama wiedziała...
- Yhym. - mruknęłam do siebie. - No nie wiedziałam.
- Ale nie możesz do niego zadzwonić?
- Nie mów mu ani słowa. On nie może wiedzieć, że tu byłam.
- Co wy znowu kombinujecie? Oliwia, do jasnej anielki! Porozmawiajcie w końcu jak dorośli ludzie! Proszę was.
- Myślę, że czas najwyższy to zrobić.

*

o mateńko kiedy ja tu byłam. już bym zdążyła drugi raz wrócić. albo trzeci.. a tak to obiecałam i nie dotrzymałam słowa. przepraszam. więc teraz już nie obiecuje, ale czuwajcie. 

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 7 - Masa pytań, tylko dwie odpowiedzi.


I zapominać chcę tak często jak się da, że nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart. 
I nie pocieszaj mnie, i tak tu będę stał, bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart.  soundtrack



Nowy rok przywitał Gdańsk śniegiem i dwudziestostopniowym mrozem.
- Witaj styczeń. Witaj dwa tysiące piętnaście. - odburknęłam pod nosem wychodząc z klatki schodowej. A na to wszystko zapomniałam jak się chodzi i w zetknięciu z lodem na chodniku, gdyby nie jakiś mężczyzna byłoby jeden do zera.
- Tyłek mi pan uratował. Adrian? - wykrzyczałam na całą ulicę, ale zdziwiłam się niesamowicie widząc narzeczonego mojej przyjaciółki w Polsce.
- No, przyjechałem na święta do rodziców.
- Widziałam się z Iwką wczoraj.
- To super. - powiedział od niechcenia. Ewidentnie coś było nie halo.
- Czyli twoja narzeczona nie powiedziała mi wszystkiego? Chcesz pogadać?
- W sumie to nie ma o czym. Rozstaliśmy się miesiąc temu. Przyjechała do Polski na życzenie twojego ex-męża.
- Co ty pierdolisz? - uniosłam w górę brew i gniewnie popatrzyłam na Adriana.
- To może ja wejdę na górę.
Historia narzeczonego mojej najlepszej przyjaciółki była dla mnie jakąś totalną abstrakcją. Rozstali się miesiąc temu z powodu kilkumiesięcznego kryzysu o czym nie wiedziałam, bo po co? Ponadto swoje żale i smutki Iwona wypłakiwała mojemu byłemu mężowi. Tylko szkoda, że spotykając go wczoraj w moim domu udała, że go nienawidzi i nie mają ze sobą nic wspólnego. Co miałam więc robić? Komu się wyżalić? Padło na Biernackiego. W końcu jest moim ojcem. Pożegnałam więc Adriana i sama zrezygnowałam z wyjścia do sklepu, ubierając cieplejsze rzeczy i zmieniając cel spaceru. Oczywiście spóźniłam się na autobus, a w moim samochodzie padł akumulator więc jedyną opcją podróży cztery kilometry w trzaskającym mrozie były moje biedne nogi.
- Jest mi zimno, chce herbaty i moja przyjaciółka jest głupia. Mogę wejść? - bezpośredniość od zawsze była moją mocną stroną, ale widocznie nie zraziłam nią ojca. Wpuścił mnie do środka z uśmiechem na ustach odwieszając moje rzeczy na wieszak do rozsuwanej szafy.
- Moja przyjaciółka spotyka się z Bartoszem, a boi się mi o tym powiedzieć i się zgrywa. Powinnam ją: A- udusić, B- poćwiartować czy C - zamordować i uciec z miejsca zdarzenia?
- Od początku. Bartosz to ten facet od afery w kancelarii, tak?
- Tato, Bartosz to mój były mąż.
- Chciałem ominąć to stwierdzenie.
- Skoro tak, to może używajmy... Osobnik, Którego Imienia Nie Można Wymawiać? To nazewnictwo będzie w porządku. Ale do rzeczy. Iwona to moja przyjaciółka. Znamy się całe moje życie, rozstała się z narzeczonym. Byli parą idealną. Dziś spotkałam pod klatką schodową Adriana - jej jak się okazało byłego narzeczonego, który powiedział, że od kilku miesięcy mieli kryzys, a Bartosz poniekąd w nim uczestniczył, bo Iwona wypłakiwała mu się telefonicznie.
- Wydawało mi się, że wy, kobiety zachowujecie się inaczej. Że jeżeli ty nie lubisz Osobnika, Którego Imienia Nie Można Wymawiać, to ona też go nie lubi. Taka kobieca solidarność.
- Mnie też się tak wydawało. Dopóki nie spotkałam Adriana i nie uzmysłowił mi, że noworoczne spotkanie Iwony i Bartosza w moim mieszkaniu było jedną wielką zgrywą.
- Jesteś na nią zła?
- Wiesz? Jestem zła, że nie powiedziała mi prawdy. Ale o osobę, z którą się spotyka chyba nie. Ja i Gawryszewski to przeszłość. Dobra, przeszłość może i jest tym spoiwem, ale to rozdział skończony. On ma prawo spotykać się z kim chce ja też. Może powinnam wściec się na Iwonę, że odbiła mi faceta, ale przecież tego nie zrobiła. Minął rok i dwa miesiące od rozwodu, Bartosz mógł się zmienić i wpaść jej w oko. Cóż. Nie moja sprawa.
- To może z nią o tym porozmawiaj? Zobaczysz co ci powiem. Jeżeli domyśliłaś się prawdy, nie będzie chyba kłamać w zaparte.
- I widzisz? Z tym Gawryszewskim są same kłopoty. Co za bezczelny frajer! Co za gnój!
- A przyjaciółka niby bezkarna?  Tak całkowicie?
- Nie wiem. To wszystko to jakiś żart. Chciałabym, żeby mi to wszystko wyjaśniła.

"Pan pewnie myśli, że człowiek musi najpierw tego kogoś spotkać, żeby mógł go sobie potem przypomnieć. A nie zastanawiał się pan, że niekiedy bywa odwrotnie? Czyli, według pana, wszystko zależałoby od pamięci, tak? Czyli najpierw coś się musi zdarzyć, aby potem, choćby i po wielu latach, pamięć mogła to przywołać? Według mnie, są jednak rzeczy, w które lepiej, żeby się pamięć nie wtrącała.'' ~ Wiesław Myśliwski. 


~*~

"Uprzytomniłem sobie, skąd ten nagły piekący ból, jakbym zapomniał już, że myśli bolą, muszą boleć, jeśli zdolni jesteśmy przebić się do tych najskrytszych, przywalonych przez ten codziennie nawarstwiający się w nas muł" ~ Wiesław Myśliwski

Wróciłam do domu i choć wygadałam się ojcu, czułam się dziwnie. Krzątałam się z kąta do kąta nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Łapałam za telefon i odkładałam go średnio dziesięć razy na minutę, Ale byłam w kropce. A właściwie w jakimś wielkim kleksie o ile taki istnieje. Przecież nie mogłam pozbyć się Iwony przez Bartosza. Straciłabym ważną osobę. Tylko dlaczego, skoro tego nie chciałam, coś wewnątrz mnie blokowało mnie do wykonania nawet jednego, głupiego telefonu? Co więcej, czułam się przygotowana na utratę przyjaciółki i całkowicie pogodzona z tym faktem. Bo Bartosz znowu namieszał. Nie chciał, ale zrobił to nieświadomie. Poróżnił nas. I choć Iwona nie ma o tym zielonego pojęcia, ja już wiem, że nasza przyjaźń skończy się już niedługo i choć będę się wypierać przed światem, że ani trochę nie przeszkadza mi jej relacja z Bartoszem, nie będę w stosunku do niej sobą. Za bardzo nienawidzę Gawryszewskiego, żebym patrząc na twarz Iwony chciała go sobie przypominać. Poza tym, byłabym jakąś pieprzoną masochistką, skazując się na przyjacielskie historie i zdradzanie faktów z życia nie daj Boże intymnego. Bo siedziałabym jak wryta i przypominała sobie o tym, czego to ja doświadczyłam. A może palnęłabym radą? Coś w stylu: ''Pamiętaj, Bartosz zawsze śpi na plecach, całą noc w jednej pozycji, po lewej stronie łóżka.'' . Jakby wtedy było? Niezręcznie? Mało powiedziane? Tylko co powiedzieć Iwonie? Jak zacząć? Masa pytań, tylko dwie odpowiedzi, a tak naprawdę każda z nich będzie zła. Choć pod nosem wypowiadałam polskie, najpiękniejsze epitety i inne kurwiszcza, wzięłam się w garść i poprosiłam Iwonę o spotkanie. Wybrałam się nawet swoim dopiero co 'ożywionym' samochodem do mieszkania jej rodziców, kiedy powiedziała, że znajdzie dla mnie chwilę czasu. Standardowo, mama Iwony wyściskała mnie za wszystkie czasy i złożyła kondolencje z powodu śmierci mojej rodzicielki, bo jak tłumaczyła na pogrzebie nie było czasu. A ofiara mojej dzisiejszej rozmowy miała wspaniały humor. Siłą pchnęła mnie do swojego pokoju sadzając na krześle. Chyba rzeczywiście cieszyła się z mojej wizyty. Albo udawała jak wczoraj.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi, że spotykasz się z Bartoszem? - zapytałam śmiertelnie poważnie powodując, że z jej twarzy momentalnie zniknął uśmiech.
- A dlaczego twierdzisz, że się z nim spotykam?
- Iwona, proszę cie.
- Widziałaś się z Adrianem, tak?
- To już nawet nie o to chodzi. Ja ci nie zabronię być z Gawryszewskim. Ja i on to rozdział skończony, nie kochamy się, nie mamy ze sobą nic wspólnego. I nie chodzi też o twoje rozstanie z Adrianem, bo ja wam do domu i do łóżka nie zaglądam, choć nie ukrywam, że zdziwiło mnie to bardzo. Chcę tylko wyjaśnić, dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? Przyjaźnimy się tyle lat, myślałam, że mnie poinformujesz, że coś się u ciebie zmieniło. 

- A jak myślisz? Cierpiałaś po rozwodzie, nie chciałam żebyś przejmowała się też mną. A później Bartosz chciał odnowić z tobą kontakt i poprosił mnie o pomoc... Reszta potoczyła się sama. Ale nie odbiłam ci go! To stało się niedawno. Jeszcze kilka tygodni przed tym, zanim wróciłaś z Gdyni. Chciałam, żebyś wiedziała. ale później zmarła twoja mama, a ja nie mogłam wrócić do Polski i wszystko się spieprzyło.
- Powinnam o tym wiedzieć, nawet jeżeli to nie jest zbyt przyjemny temat i odpowiedni czas. Bądź sobie z Bartoszem, tylko przykro mi, że sama musiałam to od ciebie wyciągnąć.
- Liwka, źle mi z tym, że tak to wszystko wyszło... Chciałabym się cofnąć i wszystko ułożyć od początku. Od kiedy rozstałam się z Adrianem. 

- Czyli wszystko już wiem?
- Wszystko.
- W takim razie... Życzę wam powodzenia.
- uśmiechnęłam się. - Uciekam.

Rzeczywiście, tak szybko jak się pojawiłam, tak szybko zniknęłam. Spanikowałam. Nie powiedziałam najważniejszego. W mojej wypowiedzi brakowało zdania: 'Nie potrafię przyjaźnić się z tobą, jeżeli spotykasz się z moim byłym mężem.' Gdzieś tam w głębi chyba oczekiwałam od Iwony, że wszystko to, do czego doszłam razem z moim ojcem będzie nieprawdą. To nie bolało tylko przed ludźmi. W środku od nowa zaczynało się źle dziać. Bo było mi źle z kłamstwem przyjaciółki. Usiadłam w samochodzie i kolejny raz dzisiaj zastanawiałam się co ze sobą zrobić. Pojawił się nawet pomysł rozmowy z Bartoszem, ale pomimo mojej obojętności względem niego, totalnie nie miałam ochoty na jego towarzystwo, na jego głos i jego twarz przed swoimi oczami. Bo najchętniej to bym mu walnęła. Ale z pięści. Żeby jeszcze raz poczuł całą frustrację, jaka wytwarza się przez jego obecność w Gdańsku. Posiedziałam w środku jeszcze z godzinę i doszłam do wniosku, że dużo lepiej czułam się będąc w Gdyni bądź Warszawie. Gryzły mnie myśli o obwinianie siebie samej o ucieczkę i myśli o spojrzeniu w lustro za kilkanaście lat, ale czy nie warto być w tym przypadku egoistką i spieprzyć z miejsca, gdzie kompletnie nic cie nie trzyma? Co robić? Nie znałam odpowiedzi na pytanie, dopóki w drzwiach do domu Iwony nie stanął mój były mąż. Przekręciłam  w stacyjce kluczyk wymieniając spojrzenia z Gawryszewskim i oddaliłam się od felernego miejsca. Uciekaj, Oliwia. Czym prędzej. Postanowiłam przejechać się do Warszawy i na miejscu rozejrzeć się za jakimś lokum bądź zatrzymać się u rodziny ze strony mamy. Wyjechałam za Gdańsk i zaczęło sypać. Widoczność była zerowa i każdy mądry kierowca zwolnił bądź po prostu został w domu, jak nie musiał jechać. Ja jechałam jak wariatka, na oślep. Co najmniej tak, jakbym miała na oczach opaskę. Kiedy usłyszałam wibracje telefonu znajdującego się na uchwycie w samochodzie, a na ekranie wyświetliło się zdjęcie Gawryszewskiego, coś się we mnie zagotowało. Odebrałam, przeciągając palcem po ekranie,
- Halo?! - warknęłam w stronę głośnika kierując wzrok na zdjęcie kontaktu. W niespełna ułamek sekundy, kiedy z powrotem popatrzyłam na jezdnie, nie widziałam przed sobą drogi tylko inny samochód i kierującą nim kobietę, a kiedy sprytnie ją wyminęłam moim oczom ukazała się betonowa poręcz oddzielająca jezdnię od zbocza i ośnieżonych choinek.


a czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart.
~*~

do zobaczenia za dwa tygodnie. wyjeżdżam sobie i zostawiam was z tym oto rozdziałem. nareszcie odpocznę. kocham swoje przyszłe wakacje. bardzo. bo mi sie przecież należy. po ostatnich miesiącach, które były chujowizną. grecjo - ja przybywam.



piątek, 22 maja 2015

Rozdział 6 - Czasem lepiej było po prostu odpuścić.

Trzymamy tę miłość na fotografii. Stworzyliśmy te wspomnienia dla siebie samych, gdzie nasze oczy nigdy się nie zamykają, nasze serca nigdy nie były złamane i czas jest na zawsze zamrożony, bez przerwy.  Więc możesz trzymać mnie wewnątrz kieszeni  Twoich podartych dżinsów. Trzymać mnie blisko.




*
Kiedy Bartosz prawdopodobnie całkowicie przypadkiem przyznał się do swojej nowej miłości coś we mnie pękło. Było mi obojętne jego życie i on sam, ale łzy polały się potokiem.
- Doprawdy nie rozumiem ciebie i twojego załamania.
- Jasne. To nie ty się rozwiodłaś, nie ty straciłaś matkę i nie ty nie znasz swojego ojca. 
- Ale Gawryszewski to przeszłość. Jego już nie ma.
- No tak, nie ma. Dość już przez niego płakałam. To chodzi o ogół.
Iwona nadal patrzyła na mnie jak na wariatkę, ale z ręką na sercu -  nowa sympatia Bartosza była mi na rękę. Miałam pewność, że skoro kogoś ma to nie chce ze mną być, a nasz kontakt może być czysto koleżeński. I jest tak, jak mówi i tak, jak chce. Owszem, najlepiej byłoby całkowicie odciąć się od Gawryszewskiego i szarej rzeczywistości. Wyjechać daleko i oswoić się z wieloma sprawami. Niestety musiałam zając się sprzedażą mieszkania mamy i odczytem testamentu o jakim dowiedziałam się po jej śmierci. Ewentualną przeprowadzkę muszę przesunąć w czasie. Spokoju potrzebowałam desperacko i rozważyłam nawet pojednanie z byłym mężem, do którego jak sobie obiecałam, nigdy nie miało dojść. Jednak czy jest sens niedługo uciekać? Czy jest sens pozostawienia Gdańska ponownie? Co powiem sobie samej za kilkanaście lat? Że uciekłam drugi raz, bo ten idiota kolejny raz dał mi się we znaki? Ja nie mogłam pozwolić na to, żeby Bartosz miał stuprocentową satysfakcję z tego, że plan pogodzenia się ze mną wypalił. Było trochę inaczej. To ja chciałam zapomnieć o tym, co mi zrobił powodując tym samym, że zaczną targać nim wyrzuty sumienia, bo to co teraz nim targa, jest wątpliwe. Chciałam przede wszystkim znowu być tą 'siłaczką'. Siedziałam przed Iwoną i wzrokiem błądziłam po stole. Mówiła do mnie.  O moim nieodpowiedzialnym, świątecznym zachowaniu?  Nie słuchałam. Ukradkiem patrzyłam na to jak wygląda. Promieniała. Chociaż się nie uśmiechała, było to widać. Zadbana i śliczna. Miała dla kogo. Pozazdrościłam jej tego jak kobieta kobiecie całkowicie odsuwając na bok nasza przyjaźń. Ja potrafiłam dla pokazania buntu zmienić tylko fryzurę. Sytuacja z Bartoszem stała się klarowna. Zaczął od nowa. Więc ja tez muszę.
- Słuchałaś mnie?
- Jasne. - odrzekłam potrząsając głową.
- Czyli co? Godzisz się z Bartkiem...
- Bartoszem. - przerwałam.
- Bartoszem, wybacz. Zaczynacie zachowywać się jak cywilizowane pary? Dla świętego spokoju chyba jesteś w stanie to zrobić.
- Jeżeli dzięki temu będę miała dostęp do niego, aby się zemścić...
- Poznaj kogoś.
-  Żartujesz sobie ze mnie?
- A czy ja wyglądam teraz na osobę, która żartuje?
Wstałam i ułożyłam ręce na biodrach, a głowę upuściłam. Wzięłam głęboki wdech. Nie. To nie był dobry pomysł. To był pomysł najgorszy z możliwych.
- Nie, Iwona.
- Twoja mama by tego chciała. Ona by chciała żebyś znowu była szczęśliwa. - szepnęła niepewnie moja przyjaciółka.
- Moja mama gdyby wiedziała o wszystkim, co działo się między mną a Bartoszem... Umarłaby szybciej na zawał i wątpię, że nie miałaby wątpliwości co do mojego drugiego kandydata.



*

Przysięgam, że zrobi się prościej, 
Pamiętaj to z każdym kawałkiem siebie
I to jest jedyna rzecz jaką możemy wziąć ze sobą umierając



Aby opisać moje małżeństwo należało je podzielić na dwa etapy przypominające dwie skrajności. Pierwsze trzy i pół roku sielanki, drugie - koszmaru. O wszystkim wiedziała tylko Iwona. Mama w mniejszym stopniu. Niektóre fakty wolałam pominąć, bo widziałam, że i tak cierpi. To wszystko spadło na nas tak nagle... Jej choroba, mój rozwód i ogólnie mówiąc zmierzenie się z brutalną rzeczywistością. Obydwie cierpiałyśmy podwójnie, a może i potrójnie. Ja przez Bartosza, przez jej chorobę i przez świadomość, że w każdej chwili mogę zostać całkowicie sama. Mama podobnie. Chciała być przy mnie, choć zdrowie nie pozwalało, a jej serce rozrywało się na miliony kawałków, kiedy bezsilna przychodziłam do jej mieszkania ze swoimi rzeczami i w cienkim swetrze siedziałam do rana na balkonie wypalając papierosa jednego za drugim. Stała wtedy przy futrynie i wielokrotnie powtarzała, że choć się boi, obiecuje mi, że dopóki będzie mogła, stanie za mną murem. Wiele rzeczy było jednak szokiem, bo Bartosz był przecież idealny. Idealny zięć, idealny przyszły ojciec jej wnuków, idealny partner życiowy jej jedynej córki. Tylko kiedy ideały sięgają dna z wielkim hukiem, pozostaje coś w rodzaju ciągłego niedowierzania. I tak było również w tym przypadku. Upadek Bartosza nie oznaczał tego, że wpadł w złe towarzystwo, w alkoholizm lub jakiś inny nałóg. Wręcz przeciwnie. Jego upadkiem było zimne, lodowate serce względem mnie. Bo ja przecież nie wiedziałam, gdzie jest mój mąż do trzeciej w nocy. I dlaczego nie chce ze mną spać. Zastanawiało mnie też dlaczego nie cieszy się z moich sukcesów, skoro ja niemal piszczałam z radości na każdym meczu po zdobytym przez niego punkcie. Coś pękło. Ewidentnie od trzech i pół roku małżeństwa kończyła się era wspólnego pożycia. Drogi rozchodziły się coraz częściej. Tylko ja czekałam na telefon z Podkarpacia po meczu z Resovią. On nawet nie wiedział, że ma dzwonić. A kiedy spotykałam kolegów z drużyny na mieście i pytali mnie o jakiś fakt z życia Bartosza, o którym nie wiedziałam, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo było mi wstyd. Ja, jako żona dowiadywałam się od obcych mi w zasadzie osób o życiu mojego męża. A co myśleli zawodnicy? Że to jest jakaś kompletna paranoja? Zapewne tak. Stawiając się w sytuacji na przykład biednego Troya, bo to na niego zawsze trafiało - to pod apteką, to pod drogerią, na dwieście procent pomyślałabym sobie, że co to za małżeństwo, w którym mąż z żoną są dla siebie obcy. Dosłownie. W momencie rozwodu zdałam sobie sprawę z tego, że za to, co robił mi Bartosz i jak niszczył mnie i moje uczucia nie powinnam kochać go nawet za przeszłość. Musiałam zakumplować się z nienawiścią, bo tak było wygodniej wrócić do świata żywych i zacząć ogarniać swoje życie od zera. Ale problem pojawił się znowu. Od spotkania pod sklepem, do śmierci mamy i kończąc na dniu dzisiejszym, na Bożym Narodzeniu, kiedy to przed piętnastoma minutami Bartosz wstał, przywitał się z Iwoną i wyszedł machając na pożegnanie. Być może od dziś mój problem w końcu dobiegnie końca. Nowa miłość mojego byłego męża jest również dla mnie, gwarantem spokoju. Bo ja już do niego nigdy nie wrócę. 



*

Odczyt testamentu miał być tylko poświąteczną formalnością. Wydawało mi się, że o wszystkim, co jest w nim zawarte wiedziałam. Niestety, gdyby tak zliczyć to była to milionowa życiowa pomyłka. Krzyczałam w myślach do mamy, dlaczego nie powiedziała mi, że wszystkie listy taty, niekoniecznie kartki świąteczne, były wysyłane średnio raz w miesiącu, a ona chowała je w piwnicy. W starej komodzie. Było ich setki. Może tysiące? Trudno zliczyć, ale wnosiłam je do bagażnika swojego samochodu w trzech reklamówkach. Rozsypałam na dywanie i kiedy odklejałam pierwszą kopertę. Usłyszałam ciche pukanie. Byłam pewna, że to Bartosz. Bo kto inny mógł mnie nachodzić? Było mi to obojętne, skoro jego intencją nie kierowała miłość. I tu nagle druga pomyłka dzisiejszego dnia. Garnitur, czarna aktówka, jakby wracał z kancelarii. Jan Biernacki. Jakby wyczuł, że dziś dowiedziałam się całej prawdy. Bez słowa wpuściłam go do środka i wróciłam do pozycji siedzącej na dywanie z listem w rękach.
- Już wiesz, że to nie było tak, że ja nie chciałem. To ona nie chciała, żebym był obok. Kiedy mnie widziała w parku, jak szedłem z zabawką dla ciebie to uciekała, a w listach groziła policją. Kazała mi się trzymać od ciebie z daleka. Nie chciała mi wybaczyć. Dla niej trzy lata rozłąki i tego, co jej tym wyrządziłem, to było za dużo. Godziła się tylko na pisemną formę kontaktu, jednak nigdy nie pisała mi całej prawdy. Oliwia, ja nawet nie wiedziałem, że miałaś męża, że się rozwiodłaś... Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się, że ona miała raka.
- To dlaczego o mnie nie walczyłeś?
- Bo mi było wstyd. Twoja matka mówiła, że jeżeli się pojawię to sprawię ci ból. A ja przecież tego nie chciałem. I czasem lepiej było po prostu odpuścić.
- A mnie mówiła, że ty tylko w świątecznych kartkach byłeś obecny.
Usiadł obok mnie na dywanie i wziął przypadkową kopertę wskazując palcem na datę zapisaną w prawym górnym rogu.
- Pamiętasz ten czas? - podał mi kartkę, którą przeczytałam. Mama wspominała tam ojcu o moich problemach na uczelni, ale tylko w jednym zdaniu, w kilku słowach.
- Pamiętam. Studiowałam wtedy w Warszawie. Wyleciałam z uczelni. Miałam w dupie naukę. Dopiero jak wróciłam na pomorze i poznałam Bartosza to ponownie nabrałam ochoty na studia.
- Widzisz, wszyscy popełnialiśmy błędy. Ale jestem świadomy tego, że nie wszystko da się wybaczyć.
- Ale ja ci wybaczę. Tylko nie spieprz tego tak, jak dwadzieścia siedem lat temu. Doprawdy, nie wiem dlaczego, ale ja naprawdę chce dać ci szansę. Chcę mieć ojca.
- Ja byłem cały czas. W cieniu, ale byłem. I o tobie nigdy nie zapomniałem.
- A masz kogoś? Masz dzieci? 

- Mam. A właściwie miałem. Żonę i dwójkę dzieci. Rozwiodłem się, ale od początku wszyscy wiedzieli o mojej przeszłości. Nie kochałem ich matki. Kochałem ciągle twoją.
- A ile mają lat? Kim są? Co robią?
- Córka dwadzieścia, syn dwadzieścia dwa. Studiują prawo, bo co innego?
- Dlaczego musiało tak być?
- Bo może nigdy w swoim życiu bym się do tego nie przyznał. 

- Do czego?
- Do tego, że coś schrzaniłem.


*
Wybaczenie mogło się wydawać zbyt abstrakcyjne i niewyobrażalnie trudne do zrobienia. Ale coś w środku podpowiadało mi, że to może być początek czegoś naprawdę pięknego. Jakiejś pięknej relacji zbudowanej na błędach i cierpieniu, wyrzeczeniach i tęsknocie za normalnością. Być może była to szansa na dostanie od życia rodzica i wyeliminowanie samotności, którą czuliśmy obydwoje. Przede wszystkim dostałam od losu szansę podjęcia nauki przebaczania i uczenia się od nowa tego, czego uczą się dzieci od najmłodszych lat. Maluchy od początku budują swój świat oparty na tacie i mamie, jednak mnie przyszło zmierzyć się z czymś znacznie trudniejszym. Musiałam ułożyć wszystkie klocki biorąc pod uwagę tylko mamę, a następnie zburzyć to, co udało mi się stworzyć i zacząć budować od nowa z inną osobą - drugim rodzicem, który również i mnie musiał się nauczyć. Musiał mnie poznać, wyłapać wspólny język i przede wszystkim wspólne cechy, które oprócz wyglądu na pewno się znajdą. Każde z nas rozpoczęło zmianę związaną z pojawieniem się w życiu kolejnej ważnej osoby, która być może wywróci jakieś sfery do góry nogami bądź przeobrazi hierarchię wartości w inną. Być może relacja z ojcem spróbuje przekonać mnie do Bartosza jako do lepszego człowieka, niekoniecznie mojego męża, ale dobrego znajomego, który mimo wszystko zna mnie doskonale. 



*

Skończyłam matury. mam wolne. dużo wolnego. napisałam ten rozdział  tak na przełamanie. Co by wejść od nowa w rytm pisania. ale tak. Zgodnie z planem jest już Janek... Bartosz też będzie. I będzie go duuuużo. Jesteście?

Szablon

Szablon pobrany ze strony http://szablonownica.blogspot.com

Obserwatorzy