Jesteś wyciągnięty z ruiny twojej cichej zadumy. Jesteś w ramionach anioła. Może odnajdziesz tu jakieś pocieszenie.
Jechałam do szpitala z nadzieją, że lekarz prowadzący mamę nie oświeci mnie powalającą z nóg informacją. Wątpiłam w to, gdyż omdlenie mamy tuż po przebudzeniu się nie zwiastowało niczego dobrego. Pogotowie natychmiast zabrało ją nieprzytomną na oddział intensywnej terapii. Kiedy dotarłam na miejsce i zobaczyłam smutny wzrok doktora wychodzącego z oddziału zdałam sobie sprawę z tego, że koszmar tak naprawdę dopiero się zaczął.
- Możemy? - wskazał dłonią na swój gabinet. Oparł się o biurko i utkwił swój wzrok w podłodze.
- Jest źle, prawda?
- Doszło do sepsy i przerzutów. Guz prawej nerki był złośliwy.
- Czy to oznacza... - zawiesiłam głos, ale moja twarz pozostała kamienna. Wewnętrznie byłam totalnie rozbita. A właściwie to dobita.
- Może pani iść do mamy. Ale na chwilę.
- Doktorze, czy jest jakaś nadzieja?
- Pani Oliwio, nadzieja jest zawsze. - odpowiedział i zaprowadził mnie na odpowiednią salę. Nie zwróciłam nawet uwagi na siedzącego pod gabinetem lekarskim Bartosza. Ocknęłam się dopiero w momencie, kiedy szarpnął mnie za rękaw od kurtki.
- Sąsiedzi powiedzieli, że twoja mamę wzięło pogotowie, więc przyjechałem.
Nie miałam siły się nawet sprzeciwić. Owszem, to ciągle był Gawryszewski, mój były mąż. Mój życiowy pech i moje nieszczęście. Ale świadomość tego, że ktokolwiek był obok mimo wszystko w minimalnym stopniu podniosła mnie na duchu. W towarzystwie lekarza razem z Bartoszem weszłam na salę. Mama była przytomna. Patrzyła swoimi wielkimi niebieskimi oczami wprost w moje, jakby chciała mi coś przekazać. W moim wnętrzu toczyła się wojna. Miałam ochotę rozpłakać się i krzyknąć do siły wyższej, dlaczego mi ją zabiera, skoro tylko ją mam. Wiedziałam też, że nie mogę tego zrobić, bo mama musi wiedzieć, że zostaję tutaj, na ziemi, silna. Spojrzała też na Bartosza. Miała do niego ogromny żal. Wiem o tym. Jako matka mogła mieć nawet jeszcze większy niż ja. W końcu to jej jedyne dziecko cierpiało.
- Wiem, że dasz sobie radę. Pamiętaj, że jesteś dla mnie najważniejsza i bardzo cię kocham. - wyszeptała niemal niedosłyszalnie. W moich oczach pojawiły się łzy, ale wiedziałam, że nad wybuchem histerii muszę zapanować. Przynajmniej dopóki nie wyjdę z sali.
- Nie zostawiaj mnie. Proszę.
- Dasz sobie radę... - ucięła i w mgnieniu oka straciła przytomność, a aparatura do której była podłączona zaczęła wariować. Bartosz pobiegł po lekarza, który razem z całym zespołem medycznym przybiegł niemal natychmiastowo. Wyproszono mnie z sali. Obydwoje stanęliśmy za szklaną szybą, przez którą nie było widać zupełnie nic. Miałam nadzieje, że to tylko chwilowe i przejściowe zawirowania. Zaparło mi dech w piersiach i trwałam tak do momentu w którym lekarze najprawdopodobniej zaprzestali reanimacji, otworzyli drzwi i pokręcili przecząco głowami patrząc równocześnie na zegarek. To był koniec. Koniec jej rocznej męki chorobą, koniec chemioterapii, koniec życia osoby, która była jako jedyna mi przychylna. Lekarz prowadzący nie odezwał się ani słowem. Wzdychnął tylko i popatrzył na mnie w stylu: 'Chciałem. Chciałem ją uratować ale mi kurwa nie wyszło.' i zamknął się w swoim pomieszczeniu. Wybuchłam. Na moim policzku pojawił się potok łez. Usiadłam bezwładnie na plastikowym krześle i zwiesiłam dłonie wzdłuż ciała. W obliczu śmierci nie mogłam przecież nic zrobić. Nie mogłam iść i szarpać mamę za ramiona, aby się ocknęła. Nic by to nie dało. Bartosz stanął przede mną i chwycił w taki sposób, abym wstała. Teraz już naprawdę było mi obojętne, że on to on. Uwiesiłam mu ręce na szyi, a on mocno zamknął mnie w swoim uścisku. Było mi to potrzebne. I w duchu cieszyłam się, że przyjechał do szpitala, chociaż nawet nie wiedziałam, że o czymkolwiek się dowiedział. Po kilkunastu minutach wyswobodziłam się z jego ramion.
- Odwieź mnie do domu, proszę. Chce zostać sama. - na moje słowa pokiwał głową i w milczeniu ruszyliśmy z parkingu.
~*~
Zastanawiałam się co mam ze sobą zrobić. Chociaż mieszkałam sama czułam się szczególnie pusto. Wiedziałam, że w słuchawce nie usłyszę już głosu mamy i nie zobaczę jej w swoim progu. Odnalazłam w galerii swojego telefonu zdjęcie adresu ojca. Być może szukanie ojca było mi w tym momencie zbędne. Po co dwudziestoośmioletniej kobiecie babranie się tego typu sprawach? Nie ma go, nie było i koniec. Wbrew pozorom ja wcale nie chciałam go szukać dla jakiejś kłótni i dla kolejnego manifestowania mojego nieszczęścia. Nie chciałam go zbić, uderzyć i lamentować, jak mógł odejść i jak mogło nie być go w ostatnich chwilach życia mamy. Owszem, czułam żal. Ale nie robienie scen było moją intencją. Chciałam po prostu z nim porozmawiać. Zapytać, dlaczego to wszystko tak musiało wyglądać. Spokojnie, bez krzyku. Popatrzeć na niego i po prostu mówić. Wspomnieć o wszystkich latach, o samotnej i tęskniącej mamie, o wyrzuceniu mnie z uniwersytetu w Warszawie, o ślubie z Bartoszem, o siedmiu latach od pierwszego do ostatniego miesiąca wspólnej egzystencji, a na końcu o rozwodzie i o wiadomości, że mama ma raka. Chciałabym go zapytać kim tak właściwie jest. Może jest lekarzem? A może mechanikiem samochodowym? Może jest policjantem? A może na moje nieszczęście jest związany z siatkówką? Niczego o nim nie wiem. Przez całe życie nie dowiedziałam się żadnych konkretów. Mama ciągle mówiła tylko Jan albo Biernacki, bo do ślubu miałam jego nazwisko, a kiedy dopytywałam o coś więcej, krzywiła się i odpowiadała, że nie jest mi to do szczęścia potrzebne. Najwięcej razy pokłóciłam się z nią przed weselem. Chciałam wysłać tacie zaproszenie albo chociaż moje zdjęcie w białej sukni, bo miałam nadzieję, że wyzwolę w nim jakieś reszty ojcowskiego instynktu, ale mama upierała się, że na kopertach z kartek świątecznych jest tylko jej adres i ani w treści ani na żadnej z nich nie ma napisanych jego danych, a przecież nie wie, gdzie on mieszka. Myślałam, że wszystkie koperty wyrzuca, ale dopiero wczoraj wieczorem ukradkiem zobaczyłam, że kartkę z życzeniami z powrotem chowa w biały papier ze znaczkiem pocztowym. Miałam nosa, że na którejś musi być adres. Wiedziałam, że nie mogę mieć do niej oto pretensji. Owszem odkryłam kłamstwo, ale rozumiałam ją lepiej jak nikt inny. Ten temat był przecież bolesny. Lepiej było nie interesować się tatą dla wspólnego dobra. Mniej bolało i tyle. W końcu nadszedł ten moment. Nadszedł moment, w którym uświadomiłam sobie, że ja mam prawo wiedzieć o moim ojcu to, co chce. Nawet jeżeli miałoby mi to sprawić przykrość. Przecież zostałam sama. Chciałam zaryzykować i poczuć się kochana miłością rodzicielską, którą odebrał mi złośliwy nowotwór nerek. Miałam świadomość tego, że mogę zostać odrzucona, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma.
~*~
- Nie przypominam sobie, żebym cie zapraszała. Ja cie nie nachodzę.
- Nie wyjdę stąd, dopóki nie dasz mi dojść do słowa.
- Ale Bartosz, co ty chcesz wiedzieć? Czy ty nie widzisz, że ja mam dość życia?
- Usiądźmy. - wszedł do pokoju gościnnego i przesunął się tak, abym i ja mogła spocząć obok niego. -Wiem. Zaniedbałem cie. To nie ulega wątpliwości.
- przyszedłeś tu użalać się nad sobą? Mam się ugiąć?
- Nie. Nie wymagam litości. Po prostu będę się lepiej czuł, jeżeli przyznam się do błędu.
- Na rozprawie nie chciałeś. Z resztą, tobie zawsze ciężko było przyznać się do błędu.
- Miałem rok na to, żeby przemyśleć wszystko dokładnie. Zaniedbałem cie, to moja wina, miałaś rację, że ode mnie odeszłaś. Nie usprawiedliwiam się ani trochę. Ale do cholery... Liw, bylem z tobą siedem lat i zawsze będziesz częścią mojego życia. Tego nie da rady zmienić. Każdy z nas od roku idzie swoją drogą, ale czuję się zobowiązany wiedzieć, co się z tobą dzieje. Jak sobie radzisz, czy masz pracę i jak ci w niej idzie, czy jesteś szczęśliwa z kimś, kogo obdarzysz uczuciem. Może będę mógł pomóc, może podwieźć, może przyjść coś naprawić, może udzielić jakiejś rady. Chcę, żeby było normalnie. Bądźmy w dobrych kontaktach. Nie musimy się uwielbiać, chociaż bym chciał. Nie musimy udawać pogodzonych ze sobą przyjaciół i zgrywać przed ludźmi sielankę. Po prostu polegajmy na sobie, bo po tych siedmiu wspólnych latach znamy się na wylot i szkoda to zaprzepaścić. I tak wszystko spieprzyłem. Więc może chociaż to uda mi się odratować. Chciałbym zyskać choć trochę w swoich oczach. Szczególnie w tym trudnym okresie.
- A co będzie, jeżeli wykorzystasz moją chwilową słabość w spełnianiu obietnicy nienawidzenia cie i znowu namieszasz? Czy myślisz, że ja mam na to siłę? Myślisz, że chce mi się bawić w znajomość z tobą?
- Liw, było jak było. Ale nie chcę cię teraz zostawić. Nie mogę.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę, żebyś czuła się samotna i że nie masz na świecie nikogo.
- Czy mógłbyś być przy mnie podczas pogrzebu? Chciałabym mieć obok kogoś.
- Nie ma problemu. Zwolnię się z treningu.
~*~
Większości ludzi nie znałam. Mama miała tylu przyjaciół i tylu znajomych, o których nie miałam pojęcia. Ale nic dziwnego. Była wspaniałym człowiekiem, duszą towarzystwa, zdolną fryzjerką a przede wszystkim kobietą o wielkim sercu. Największym spośród wszystkich ludzi, z którymi miałam kontakt. Nigdy nikogo nie zawiodła. I patrząc na frekwencję, uczestnicy pogrzebu w tej ostatniej drodze również nie chcieli jej zawieźć. Chcieli jej towarzyszyć. Byłam im strasznie wdzięczna. Niestety nie potrafiłam tego okazać. Nie spałam dwie noce, byłam niemalże nieprzytomna i gdyby nie to, że Bartosz dzielnie mnie trzymał zapewne padłabym jak długa na środku cmentarnej alejki. Było około dziesięciu stopni mrozu, groby i ścieżki pokryte były białym puchem, a na niebieskim niebie świeciło piękne słońce.
- Tam jej będzie lepiej. - odrzekł po cichu przybity Bartosz. On również przeżył śmierć swojej byłej teściowej. W końcu byli tą dwójką, która obaliła mity na temat uciążliwej teściowej i mściwego zięcia. Gawryszewski był dla niej jak syn. Jak sam wspomniał, jego obecność tutaj jest obowiązkiem. Byłam mu wdzięczna, chociaż nie pałałam do niego sympatią. Ale był. Był obok i służył ramieniem.
- Tam jej będzie lepiej. - odrzekł po cichu przybity Bartosz. On również przeżył śmierć swojej byłej teściowej. W końcu byli tą dwójką, która obaliła mity na temat uciążliwej teściowej i mściwego zięcia. Gawryszewski był dla niej jak syn. Jak sam wspomniał, jego obecność tutaj jest obowiązkiem. Byłam mu wdzięczna, chociaż nie pałałam do niego sympatią. Ale był. Był obok i służył ramieniem.
~*~
Po wszystkim siedzieliśmy w jednej z restauracji na obiedzie. Pokazałam mu zdjęcie adresu niejakiego Jana Biernackiego, co od razu było dla niego zrozumiałe.
- Myślisz, że był tam, dziś?
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam. Było przecież tyle ludzi, że ledwo ogarnęłam ich wzrokiem. Może ukrywał się na końcu pochodu, jako jestem z ostatnich.
- A może właśnie stał blisko, bo chciał zobaczyć ciebie?
- Może. - przerwałam upijając łyk gorącej herbaty. - Kiedy wrócę do domu, napiszę jakiś list i wyślę go na ten adres. Powątpiewam w udaną realizację tego pomysłu, ale przynajmniej będę pewna tego, jaki ma stosunek do swojego dziecka.
- Myślisz, że był tam, dziś?
- Nie mam pojęcia. - odpowiedziałam. Było przecież tyle ludzi, że ledwo ogarnęłam ich wzrokiem. Może ukrywał się na końcu pochodu, jako jestem z ostatnich.
- A może właśnie stał blisko, bo chciał zobaczyć ciebie?
- Może. - przerwałam upijając łyk gorącej herbaty. - Kiedy wrócę do domu, napiszę jakiś list i wyślę go na ten adres. Powątpiewam w udaną realizację tego pomysłu, ale przynajmniej będę pewna tego, jaki ma stosunek do swojego dziecka.
*
cześć pa hej, bo dla mnie mama to tak jak dla Oliwii i jakoś mnie naszło po ostatniej dłuższej rozmowie z Lectis (całuję:*) na taki rozdział, choć właśnie coś w tej deseń planowałam już na samym początku. wybaczcie, że krótki, ale w sumie taka tematyka, że chyba nie ma o czym więcej pisać. jesteście tu mam nadzieję?!
cześć pa hej, bo dla mnie mama to tak jak dla Oliwii i jakoś mnie naszło po ostatniej dłuższej rozmowie z Lectis (całuję:*) na taki rozdział, choć właśnie coś w tej deseń planowałam już na samym początku. wybaczcie, że krótki, ale w sumie taka tematyka, że chyba nie ma o czym więcej pisać. jesteście tu mam nadzieję?!

Dlaczego tak zrobiłaś? Nie :< Myślałam, że dłużej pobędzie z mamą, a ty już ją zabrałaś. Matulu, ale się popłakałam. A jak ja już płakuniam to jest asdfghjkl. To jest majstersztyk Olciu, kawał dobrej dobrej dobrej dobrej roboty. A co ten Bartosz robi takie chińskie podchody do niej? Niby nic, a jednak coś tam chce zdziałać.
OdpowiedzUsuńBUZIACZKI :*
Moja mama to dla mnie chyba jeszcze więcej niż dla Oliwii... Niech szuka ojca, powinien wiedzieć, jak spieprzył część życia swojej córce i jej matce. A Bartosz to by się ogarnał i był jakiś milszy, bardziej doradzający czy coś, bo tak to Oliwia go zaraz kopnie.
OdpowiedzUsuńBrawo dla Bartka, że postanowił być przy niej mimo protestów i widocznej z jej strony nienawiści, że wspierał ją w tak trudnej sytuacji jakà jest utrata matki.
OdpowiedzUsuńCo do ojca, ciekawa jestem czy uda się nawiązać z nim kontakt.