,,Ludzie wcale nie są dobrzy. Myślę że to jasne. Widać to wszędzie gdzie spojrzeć. Ludzie są do niczego. Pobraliśmy się pod wiśniami, ślubowaliśmy sobie wśród kwiatów. I wszystkie kwiaty opadły żeglując przez ulice i place zabaw. Pory roku przychodziły i odchodziły. Zima odarła kwiaty z płatków. Już inne drzewa rosną wzdłuż ulic potrząsając pięściami w powietrzu. Naszej miłości wyślij tuzin białych lilii. Naszej miłości wyślij drewnianą trumnę. Naszej miłości niech gruchają wszystkie różowookie gołębie, że ludzie nie są wcale dobrzy. Naszej miłości odeślij wszystkie listy. Naszej miłości niech krzyczą wszyscy porzuceni kochankowie, że ludzie nie są wcale dobrzy. Ludzie nie są dobrzy ani trochę."
~*~
Powroty są czasami trudniejsze niż pożegnania. Trudniejsze od radzenia sobie z hektolitrami łez, trudniejsze niż machanie ręką na odchodne, trudniejsze niż spakowanie połowy swojego życia do dwóch walizek. Do miejsc, gdzie odebrano nam powody do szczęścia po prostu wraca się ciężko. I już. Nie ma sentymentów. Bo miejsca, czyli mieszkania, restauracje, parki, pieprzone osiedlowe ławki i sklepy od monopolowych po spożywcze naznaczone są ludźmi. Naznaczone nimi w naszej głowie. Bo to jest tak, że siadamy na ławce, która od kilku lat ma tylko jedną deskę na oparciu i pomimo tego, że jesteśmy sami i nie ma z nami nawet muchy, która upierdliwie brzęczy nad uchem, czujemy obok kogoś, kogo nie ma, a kto kiedyś był. Albo bywał. Albo był raz, ale tam raz utkwił w pamięci. Ironia losu? Głupota? Paradoks? A może przypadek? Nie. Życie. Czasami wracamy do niechcianych miejsc na chwilę. Czasami na parę dni, bo z czystej ciekawości chcemy zobaczyć, co się zmieniło, a co zostało takie same. Czasami przejeżdżamy obok. A czasami wracamy na czyjąś prośbę. Wracamy dla kogoś, kto sobie nie radzi, kto bez naszej pomocy i świadomości, że jesteśmy blisko, nie jest w stanie egzystować. Poświęcenie pozornie równoważy się z osobistymi trudami powrotu. I tu i tu nie ma sentymentów. Nie rozpatruje się nic pomiędzy. Wracasz, bo musisz. Tylko różnica jest taka, że poświęcamy się dla kogoś. Dla jakiejś idei. Dla dobra osoby, którą kochamy i na której nam zależy, a trud powrotu jest egoistyczny. To przecież my ubzduraliśmy sobie w tej pustej łepetynie, że nie chcemy wracać. Nikt nam tego nie wbił do głowy. Zrobiliśmy to sami. Powroty są również trudne wtedy, kiedy o tym, że nie chcemy wracać nie mówimy nikomu, a im bliżej jesteśmy tym większy czujemy ciężar. Im bliżej, tym większa jest chęć ucieczki.
~*~
Zwykło się mówić, ze błędy uczą. Że pod wpływem negatywnych doświadczeń stajemy się lepszymi ludźmi. Czy w rok stałam się lepszym człowiekiem? Nie wiem. Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie w moim przypadku zadziałało to w odwrotną stronę. Czy popełniłam kolejny błąd przyjeżdżając z powrotem do centrum Gdańska, skąd pochodziłam? Nie miałam innego wyboru. Obiecałam sobie, że nigdy się już dla nikogo nie poświęcę. Że zacznę brnąc w modny egoizm, żeby zrobić coś dla siebie. Tylko i wyłącznie. Ale nigdy nie mów nigdy. Bo kiedy dostajemy telefon od jedynej na ten moment bliskiej osoby a w słuchawce rozbrzmiewają słowa mam raka, przyjeżdżamy od razu bo zdajemy sobie sprawę z tego, że dla kogoś ciągle jesteśmy niezbędni. Cóż. Trudno było wrócić. Na wiele miejsc w tych okolicach trudno było nawet spojrzeć. Ale to są właśnie powroty z poświeceniem. Z poświeceniem, które w przypadku matki jest obowiązkiem i chęcią odwdzięki za samotne wychowywanie przez całe życie. A jeszcze kiedy ma się świadomość, że było się niepokornym gówniarzem z wiecznym problemem i humorami to motywacja jest podwójna.
Do mamy wróciłam z Gdyni, gdzie zamierzałam szukać pracy. Wyniosłam się tam rok temu i pewnie bym tam została, bo po moich studiach ktoś by mnie w końcu przyjął do jakiejś kancelarii. Czekałam na to rok, ale może po prostu za dużo wymagałam? Teraz już nieistotne. Teraz liczy się moja obecność przy mamie i to ponownie Gdańsk ma być tym miastem, z którym od nowa muszę się związać i przymknąć oko na wiele spraw, które w większym lub mniejszym stopniu przyczyniły się do przeprowadzki na tereny innej części Trójmiasta. Powrót w moim przypadku był trudny również dlatego, że odczuwałam strach. Byłam świadoma tego, ze zmieniłam się na gorsze. Nigdy nie byłam wspaniała, to fakt, ale nie byłam zimna. Nie byłam bezuczuciowa. A teraz jestem. I przeraza mnie to na tyle, ze boje się o mój stosunek do mamy. Że to moje zimne serce wyjdzie na wierzch i zamiast dać mamie ciepło, po prostu ją zdołuję i wywołam wyrzuty sumienia. Bo taka właśnie jest, że lubi się obwiniać. A to przecież nie jej wina, że jestem zimną suką.
~*~
Zabawne, jak serce może się mylić
Więcej, niż te kilka razy
Dlaczego zakochujemy się tak łatwo
Nawet kiedy to nie jest właściwe?
Moje serce skamieniało w momencie rozwodu. Dwadzieścia osiem lat i rozwód. Cóż. Scenariusz mojej miłości, a właściwie jej braku wyglądał właśnie tak i buntem na życie i na to co, mnie spotkało było wyzbycie się uczuć. Wyzbycie się współczucia i umiejętności przebaczania, a przyjęcie w zamian obojętności, chęci zemsty i chłodnego spojrzenia. Takie są skutki czekania. Ja czekałam na Bartosza ponad trzy lata z czterech lat małżeństwa, dwóch lat narzeczeństwa i roku związku 'bez pierścionka'. Na siedem lat zmarnowana ich połowa. Bilans tej relacji był kiepski. Bo dziś pluje sobie w twarz, że czekałam tak długo. Poświęciłam ponad tysiąc dni. I to najlepszych dni na znalezienie partnera bo otaczało mnie na uczelni i poza nią milion fajnych facetów. Nie boje się wiec stwierdzić, że Gawryszewski jest moim życiowym błędem. Największym i takim, który pozostawił po sobie najwięcej spustoszenia. To nieprawda, że nie można żałować bycia z osobą, z którą choć przez chwilę było się szczęśliwym. On był jak huragan. Jak tornado albo jakieś inne tsunami - narobił szkód, prawdopodobnie nieodwracalnych. W Bartoszu najgorsze było to, że im bliżej mnie siedział, stał czy leżał, tym bardziej za nim tęskniłam. Dziwnie tak kogoś dotykać, ale nie czuć. Dziwnie mówić do kogoś, a nie zostać usłyszanym. Dziwnie czekać na czyjś powrót po treningu do trzeciej w nocy, a jeszcze gorzej domyślać się, gdzie ten ktoś był bite dwanaście godzin, skoro trening trwa dwie. Smutno było też pokazywać łzy i wybuchać płaczem podczas jedzenia obiadu, a jeszcze smutniej patrzeć zapłakanymi oczami w czyjeś tęczówki, przeszywające tak chłodnym spojrzeniem, jakie ty masz dziś. Znienawidziłam siebie, bo stałam się Bartoszem. Bo tak było lepiej się pozbierać. A ponowny widok wspólnych miejsc tylko pogarszał sprawę. Gwoździem do trumny była również informacja, że zostaje w Lotosie i jestem zmuszona dzielić z nim ten pieprzony Gdańsk. Zdaniem mamy to nie tragedia, bo przecież nie musimy się spotkać. Bartosz nie musi wiedzieć, ze jestem. Mama jest właścicielka dwóch salonów fryzjerskich. Urodziła mnie po maturze. Mimo dziewiętnastu lat nie oznaczało to końca świata. Przy pomocy rodziny i własnej determinacji skończyła studia pedagogiczne, a po studiach chodziła na kurs fryzjerski. Dwa inne światy, ale to moja mama. Nieokiełznana. Niedługo po tym otworzyła zakład, za parę lat drugi. Wychowywała mnie z moim ojcem tylko przez rok. Po tym czasie wyjechał za granicę. Wysyła nam kartki na święta. A mama cały czas jest sama i do tej pory tęskni. Tęskni dwudziesty siódmy rok. Być może to, że brakowało mi męskiej miłości przyczyniło się do młodego zamążpójścia i całkowitego oddania się uczuciu. Mama była zauroczona Bartoszem. Powiedziała, że jeżeli go kocham, to nic nie stoi mi na przeszkodzie, żeby za niego wyjść. Miałam wolną rękę. Do tej pory moja rodzicielka nie może uwierzyć, że okazał się świnią.
~*~
Odebrałam mamę z dializ i wyszłam do sklepu na dół. Po drodze opatuliłam się swoim szalikiem i dokładnie pozapinałam płaszcz, aby wiatr utrzymujący się od kilku dni nie był zbytnio wyczuwalny na moim ciele. Standardowo była czynna tylko jedna kasa i wystałam się w niej za wszystkie czasy. Sprzedawczynią była sąsiadka mamy z klatki obok, która na mój widok uśmiechnęła się szeroko.- Oliwka? O Jezusie! Nie poznałam. Jak ty się zmieniłaś! Z rok cie nie widziałam! A pan Bartuś niezmienny!
Zaraz zaraz. Stop. Jaki Bartuś?! Jaki do cholery jasnej Bartuś?! Mimowolnie odwróciłam się i popatrzyłam w górę. Te jego dwieście dwa centymetry przy moich stu siedemdziesięciu ośmiu kolejny raz dały mi się we znaki. Moja pieść zacisnęła się na tyle mocno, że pokaźnych rozmiarów rachunek z zakupów został natychmiast zgnieciony.
- Oliwia? To ty? - zapytał niemalże szeptem.
-Nie kurwa, święty Mikołaj. Do widzenia pani. - zwróciłam się w stronę zdezorientowanej ekspedientki i czym prędzej wyszłam ze sklepu. Byłam wściekła. Byłam tak wściekła, że aż bałam się o stan chodnika. Waliłam obcasami o płytki, szybkim marszem przemierzając drogę do auta. Gdyby sąsiadka nie skomentowała mnie i osoby stojącej za mną pewnie jeszcze jakiś czas żyłabym w błogiej nieświadomości, że w pobliżu nie czai się mój były mąż. Chociaż o tym, że nim był również musiała mi przypomnieć. Gdyby nie ona bylibyśmy dla siebie anonimowi. On by mnie nie poznawał, a ja udawałabym, że go nie znam. Nie zmienił się ani trochę. Tylko zgolił zarost. A jeszcze rok temu, na rozprawie, był zarośnięty.Ja za to starałam się całkowicie zakopać tą starą, zewnętrzna Oliwię. Zmieniłam fryzurę. Już nie miałam włosów w pas. Zamieniłam je na krótsze, ledwo dotykające ramion. Swój naturalny brąz rozjaśniłam do blondu. Czasami nosiłam też okulary, które generalnie miały służyć do czytania. Nawet paznokcie udało mi się zapuścić. W sumie to mogłam mu w tym sklepie odpowiedzieć, że to nie ja. Nie skłamałabym. Mogło mnie zdradzić jedynie nazwisko. Ciągle nosiłam to nieswoje.
- Oliwia, poczekaj! - usłyszałam za plecami. Zignorowałam to. Przecież on już dla mnie nie istniał. Mógł mówić i mówić. Niestety, dopadł mnie przy samochodzie, do którego pakowałam zakupy. - Co u ciebie?
A teraz to sobie przegiął.
- Co u mnie? Ty się mnie pytasz co u mnie? Jesteś bezczelnym gnojem.
- Czy my nie możemy być tak, jak normalne byłe pary?
- To znaczy?
- Nie możemy zachowywać się po rozwodzie jak cywilizowani ludzie?
- Idź mi stąd człowieku bo jeszcze chwila, a cie uderzę.
- Zadałem ci pytanie. - oparł ręce na biodrach i bacznie mnie obserwował.
- A ja ci na nie odpowiem. Spierdalaj. - nie uczynił tego, o co go grzecznie poprosiłam. Zatarasował mi drzwi przez co nie mogłam usiąść za kierownicą. - Gdybyś nie zauważył to ja się zachowuje jak cywilizowany człowiek. Po prostu cie ignoruję A teraz odejdź.
- To nie jest zachowanie godne cywilizowanej osoby.
- Będę się tak zachowywać w stosunku do ciebie, jak ty zachowywałeś się dla mnie.
- Daj spokój. Przecież to przeszłość. Musisz mi to wypominać po roku życia osobno?
Nie wytrzymałam. Walnęłam mu w twarz. Własna ręka. Z przysłowiowego liścia. Pierwszy raz w swoim życiu. Jako młoda pani prawnik wiedziałam, jakie ludzie mają sposoby na wymierzanie sprawiedliwości.
- To za to i jeszcze za tamto. Idź sobie. Zapamiętaj, ze cie nie znam.
~*~
- Oliwka, to ty?
- Tak mamo, to ja. - powiedziałam rzucając się na wersalkę. Zakupami też rzuciłam. W kąt. - Mamy jakiś alkohol? Najlepiej bimber. Ten co ma siedemdziesiąt procent. Od babci.
- Zachowujesz się tak, jakbyś spotkała Bartosza.
- Nie. Wymawiaj. Przy. Mnie. Tego. Imienia.
- Czyli spotkałaś.
-Powinnam najpierw wrobić go w jakieś przestępstwo, a później polecić się jako jego adwokat i z premedytacją przegrać sprawę. Siedziałby za kratami, przynajmniej nie musiałabym go oglądać. - wypowiedziałam jednym tchem.
- To moja wina. Nie powinnam cię ściągać z powrotem do Gdańska.
- Nie, mamo. Winę za wszystko, co dzieje się teraz i co działo się w niedalekiej przeszłości ponosi Bartosz. I tylko on. - zaakcentowałam końcówkę mojej wypowiedzi uderzając szklanką z wodą mineralną o stół. - Jeszcze zapytał, co u mnie. Rozumiesz?! Co u mnie słychać! A na końcu stwierdził, że mu wypominam po roku to, jak się zachował! I jeszcze to jego daj spokój. Daj spokój to, daj spokój tamto, daj spokój sramto! Do tej pory grzmi mi to w uszach. Przynajmniej będzie miał odbitą moją dłoń, która przez siedem lat gładziła jego zasrane policzki.
- Uderzyłaś go w twarz? Na ulicy?
- Nie, pocałowałam go w policzek w kościele.
- Oliwka.
- Tak. Dostał. Kurwa mać! Jakbym chciała mu poprawić! Chciałabym, żeby ta moja odbita ręka nigdy nie zeszła z tego policzka! Boże!
- Ojciec wysłał kartkę na święta. - wtrąciła mama.
- No proszę. Następny. Przecież święta dopiero za dwa tygodnie.
- Co roku tak wysyła. Kto wie, może razem ze swoją nową rodziną świętuje szybciej niż my. Może tam na południu Europy mają inny zwyczaj?
- A może po prostu odpisz mu, żeby zadzwonił? Mogłabyś go usłyszeć. Pierwszy raz od dwudziestu siedmiu lat.
- Chyba nie chcę. - uśmiechnęła się lekko, ale wiedziałam, że w tym uśmiechu pełno jest goryczy i żalu.
- A wyniki kiedy?
- Czekamy. Myślę, że po usunięciu tej nerki, jeżeli nowotwór okaże się niezłośliwy, mój koszmar w końcu się skończy.
- Na pewno. - odrzekłam z pewnością w głosie.
- Tak mamo, to ja. - powiedziałam rzucając się na wersalkę. Zakupami też rzuciłam. W kąt. - Mamy jakiś alkohol? Najlepiej bimber. Ten co ma siedemdziesiąt procent. Od babci.
- Zachowujesz się tak, jakbyś spotkała Bartosza.
- Nie. Wymawiaj. Przy. Mnie. Tego. Imienia.
- Czyli spotkałaś.
-Powinnam najpierw wrobić go w jakieś przestępstwo, a później polecić się jako jego adwokat i z premedytacją przegrać sprawę. Siedziałby za kratami, przynajmniej nie musiałabym go oglądać. - wypowiedziałam jednym tchem.
- To moja wina. Nie powinnam cię ściągać z powrotem do Gdańska.
- Nie, mamo. Winę za wszystko, co dzieje się teraz i co działo się w niedalekiej przeszłości ponosi Bartosz. I tylko on. - zaakcentowałam końcówkę mojej wypowiedzi uderzając szklanką z wodą mineralną o stół. - Jeszcze zapytał, co u mnie. Rozumiesz?! Co u mnie słychać! A na końcu stwierdził, że mu wypominam po roku to, jak się zachował! I jeszcze to jego daj spokój. Daj spokój to, daj spokój tamto, daj spokój sramto! Do tej pory grzmi mi to w uszach. Przynajmniej będzie miał odbitą moją dłoń, która przez siedem lat gładziła jego zasrane policzki.
- Uderzyłaś go w twarz? Na ulicy?
- Nie, pocałowałam go w policzek w kościele.
- Oliwka.
- Tak. Dostał. Kurwa mać! Jakbym chciała mu poprawić! Chciałabym, żeby ta moja odbita ręka nigdy nie zeszła z tego policzka! Boże!
- Ojciec wysłał kartkę na święta. - wtrąciła mama.
- No proszę. Następny. Przecież święta dopiero za dwa tygodnie.
- Co roku tak wysyła. Kto wie, może razem ze swoją nową rodziną świętuje szybciej niż my. Może tam na południu Europy mają inny zwyczaj?
- A może po prostu odpisz mu, żeby zadzwonił? Mogłabyś go usłyszeć. Pierwszy raz od dwudziestu siedmiu lat.
- Chyba nie chcę. - uśmiechnęła się lekko, ale wiedziałam, że w tym uśmiechu pełno jest goryczy i żalu.
- A wyniki kiedy?
- Czekamy. Myślę, że po usunięciu tej nerki, jeżeli nowotwór okaże się niezłośliwy, mój koszmar w końcu się skończy.
- Na pewno. - odrzekłam z pewnością w głosie.
~*~
O szóstej rano, jak to w grudniu, było jeszcze ciemno. Wymknęłam się spod kołdry i przymknęłam drzwi od sypialni mamy. Zostałam u niej na noc, bo miałam plan. Chciałam znaleźć koperty z kartek świątecznych, które tak skrzętnie przede mną ukrywała. Przez pierwsze piętnaście minut wydawało mi się to nie do zrobienia. Mama miała tonę teczek, faktur, kartek, karteczek i nie wiadomo czego jeszcze. A co najważniejsze, znalazłam koperty. Masę kopert z adresem zwrotnym. Zrobiłam zdjęcie, żeby wszystko mieć w pamięci najważniejszego przedmiotu dwudziestego pierwszego wieku i poskładałam wszystko to, co nabałaganiłam. Czy miałam siłę, aby pakować się w jeszcze jeden wielki bajzel?
*
Nie mogę pisać po 20 maja, bo w przerwach na naukę muszę zająć się czymś, co mnie maksymalnie uspokaja. W pewnym sensie to moja druga rzeczywistość. Nie obiecuję, że będą często, ale będą. Mam nadzieję, że wszystkie tu będziecie i będę miała dla kogo się produkować. Obiecałam sobie, że to będzie najlepsze, co do tej pory napisałam. I wam też obiecuję, że to będzie niemalże szczyt tego, co będę potrafiła przekazać w tych czasem krótszych jak ten, a czasem dłuższych rozdziałach. Jeżeli chodzi o stronę zewnętrzną, wszystko jest takie jakie chciałam. Od szablonu po czcionki. Rozdział z dedykacją dla Nance, ty wiesz za co i dlaczego <3 No. Bądźcie ze mną.
Nie mogę pisać po 20 maja, bo w przerwach na naukę muszę zająć się czymś, co mnie maksymalnie uspokaja. W pewnym sensie to moja druga rzeczywistość. Nie obiecuję, że będą często, ale będą. Mam nadzieję, że wszystkie tu będziecie i będę miała dla kogo się produkować. Obiecałam sobie, że to będzie najlepsze, co do tej pory napisałam. I wam też obiecuję, że to będzie niemalże szczyt tego, co będę potrafiła przekazać w tych czasem krótszych jak ten, a czasem dłuższych rozdziałach. Jeżeli chodzi o stronę zewnętrzną, wszystko jest takie jakie chciałam. Od szablonu po czcionki. Rozdział z dedykacją dla Nance, ty wiesz za co i dlaczego <3 No. Bądźcie ze mną.
Ja będę z tobą na pewno, ty wiesz.
OdpowiedzUsuńI już ci chyba pisałam, że ten rozdział jest mega, a końcówka jest jeszcze bardziej mega.
Chociaż po wczoraj też bym przyjebała Gawryszewskiemu, hehe
Podoba mi się ta dziewczyna, oj, nawet sobie nie wyobrażasz. Tak poza Oliwką, to ja jestem zachwycona. No bo jak można tak pięknie pisać? Zaraz się popłaczę, bo jestem zauroczona tym już na starcie. Bartosz szybko zaszufladkował wszystkich rozwodników. Człowieku, zazwyczaj ludzie po rozwodzie robią lepszą imprezę niż ślub, a potem się cieszą, że tej drugiej nie będą więcej widzieli. To ja nie wiem, gdzie on widział ucywilizowanych rozwodników, rozmawiających ze sobą.
OdpowiedzUsuńSPISAŁAŚ SIĘ NA MEDAL ♥
Będę. Podoba mi się bardzo.
OdpowiedzUsuńA Bartek to kretyn. I to duży.
Jestem i zostaje! Czekam na zdecydowanie na więcej
OdpowiedzUsuń