Cześć, to ja. Zastanawiałam się, czy po tych wszystkich latach chcesz się spotkać, by zostawić za sobą wszystko. Mówią, że czas powinien uleczyć, ale ja się specjalnie nie wyleczyłam. Zapomniałam jak się czułam, gdy świat padł u naszych stóp. Jest tak wielka różnica między nami...I milion mil.
kilka miesięcy później.
*
Zimne ściany, równo poskładane koce i idealnie na krańcach sofy salonowej ułożone poduszki ozdobne. Zamek coś ciężej chodzi, może zardzewiał od środka? A może to ja po prostu odzwyczaiłam się od oporu, jaki stawiał mi zawsze, kiedy wchodziłam do mieszkania? Na meblach trochę kurzu, nie mówiąc już o książkach i albumach. Gdzieś tam przy oknie zerwana przy karniszu firanka, bo pamiętam moment, kiedy przy pakowaniu niezdarnie szarpnęłam dłonią i pociągnęłam ją w dół stwierdzając, że bez sensu wchodzić na stołek i ją poprawiać. Wszystko. Dosłownie wszystko w stanie, w jakim zostawiłam odjeżdżając do Skandynawii. Co czułam? Na pewno sentyment, ale i ściśnięte gardło. Czemu tego nie sprzedałam? Kupców było sporo. Jeden to nawet chciał zapłacić więcej, niż chciałam. Ale za każdym razem, kiedy przychodziło do spisywania umowy, w czym pośredniczył mój ojciec, wycofywałam się telefonicznie, a on za każdym razem musiał się za mnie tłumaczyć. Co innego stało się z mieszkaniem mamy. Jeszcze w dzień wylotu do Szwecji sprzedałam je młodemu małżeństwu z malutką córeczką. Co do kwestii Bartosza... Zmieniłam numer, on podobno też, o czym doniósł mi Piotrek Gacek. Ponadto wiem, że wyprowadził się za Gdańsk i oprócz imprez klubowych z nikim nie utrzymuje kontaktu. Nie ukrywam, że bardzo chciałabym go zobaczyć. Może to dziwne, ale nawet i przytulić na powitanie. A jedyne miejsce, w którym go znajdę, to na pewno sala treningowa. Tylko czy to dobry pomysł przyjść sobie tak o, bez zapowiedzi i popatrzeć sobie, czy chociaż trochę się zmienił? To fatalny pomysł, ale za kilka dni wylatuję, a obiecałam ojcu i znajomym, że ich odwiedzę. Mimo wszystko, jego też choć na chwilę wypadałoby zobaczyć.
*
Specyficzny zapach męskiej szatni od razu dotarł do moich nozdrzy.
- Liv! - amerykański akcent Troya spowodował, że kąciki moich ust mimowolnie uniosły się w górę. Zamykał szatnię. No tak, Bartosz wspominał, że Murphy zawsze się spóźnia. Podążyłam więc za nim, na trybunach siedziało kilka osób, między innymi żona Gacka i jeszcze parę innych kobiet. Nie pasowała mi tylko jedna rzecz. A mianowicie brak Gawryszewskiego. Może się spóźni? Niemożliwe. Trening trwa z tego co wspomniał Troy już jakieś dwadzieścia minut, a mój były mąż nienawidzi spóźnialstwa. Złapałam za ucho od torby i już wstawałam, kiedy na trybuny dowlókł się kontuzjowany Gawryszewski. O kulach. Głupia ja. Mogłam się domyślić, że siatkówka to również kontuzje. Choć gula w gardle powiększała się z każdą sekundą, postanowiłam się przywitać. Z każdym krokiem miękły mi nogi. Już zapomniałam, jak ten człowiek na mnie działa. Albo mi się wydawało. Był smutny. Patrzył gdzieś na boisko, a kiedy próbował wstać, żeby poprawić kurtkę na swoim krześle, wyraźnie się skrzywił. Aż mnie w środku zabolało przez grymas bólu na jego twarzy.
- Cześć. - szepnęłam niepewnie. Pożałowałam. Bo miałam ochotę zapaść się pod ziemie.
- Oliwia? Co ty tu robisz? Cześć. - uśmiechnął się lekko, ale za dobrze go znałam i przynajmniej przede mną ciężko było ukryć szok.
- Gdzie załapałeś to paskudztwo?
- Kolano, mecz z Kędzierzynem, pierwszy set.
- No nieźle. - skwitowałam, po czym upuściłam głowę w dół. Zrobiło się nieco niezręcznie. O czym porozmawiać ze swoim mężem po pół roku nieobecności w Polsce?
- A ty? Co tu robisz?
- W sumie to chciałam cie odwiedzić. Zobaczyć jak sobie radzisz.
- Aha. - wyraźnie się zamyślił. - Chyba nijak. Miałem iść na zakupy. Od tygodnia się zbieram.
- Pewnie ci ciężko z tym czymś. - wskazałam na kule. - Jeżeli chcesz to ... Mogę z tobą pójść.
- Nie chcę cię fatygować.
- Nalegam. - uśmiechnęłam się.
- Poważnie?
- Poważnie.
*
Już miałam zapytać, czy Bartosz w swoim nowym mieszkaniu sprząta. Dobrze, że ugryzłam się w język. Nie wypadało go dołować. Kontuzja, uniemożliwiony udział w finałach Plusligi.
- Usiądź. Ja zrobię ci herbatę.
- Z kulami?
- Nie. Z cytryną.
- Nie o to mi chodziło. -mimowolnie się uśmiechnęłam i weszłam za aneks kuchenny. - Idź i usiądź sobie. Bez sensu, żebyś z tą nogą stał i czekał, aż się woda zagotuje.
- Ale jesteś moim gościem.
- Lubisz mnie denerwować. - wypaliłam, chociaż nie miałam nic złego na myśli. Gawryszewski zmieszał się nieco, a po chwili uniósł ręce w geście bezradności i pokuśtykał w stronę sofy salonowej. - A co ci lekarz mówi na tą nogę?
- Że do wesela się zagoi. Później rehabilitacja i powinno być w porządku.
- A jak to się właściwie stało? Ktoś cie pchnął, czy po prostu noga ci poleciała?
- Sam nie wiem, ocknąłem się dopiero wtedy, kiedy koledzy znieśli mnie z boiska.
- Ała. - skrzywiłam się. - Ale do października wydobrzejesz, nie?
- Powinienem. A jeżeli nie, to trudno. Zajęć jest mnóstwo. Coś znajdę. Będę szydełkował.
- Bartosz! - aż usiadłam obok z wrażenia kładąc wcześniej na stole dwie herbaty. - Co ty wygadujesz? Przecież jedna kontuzja nie przekreśla twojej kariery. Pamiętasz jak miałeś problemy z kręgosłupem? I śladu nie ma.
- Mam trzydzieści lat.
- To co? Czy trzydzieści lat to dużo?
- Dla sportowca...
- Nawet i dla sportowca stanowczo nie.
Co prawda psychologiem nie jestem, ale w jego głowie dzieje się coś niedobrego. Zakończenie kariery, szydełkowanie, obojętność na swoje zdrowie... Może przesadzam, może się nie znam, ale tu chodzi o coś innego.
- Podasz mi ten niebieski woreczek?
- A. Jasne. Zamyśliłam się. A co to?
- Moje proszki. Trochę mnie to trzyma przy życiu.
Nie patrzyłam na zawartość opakowań. Ale upiłam może łyk zrobionej dopiero co herbaty i coś mnie tknęło, żebym jeszcze raz pojechała na halę. Oczywiście pożegnałam się w taki sposób, aby Bartosz nie wyczuł, że coś kombinuję. A to on coś kombinował. Ewidentnie zmyślał. A jak nie, to przynajmniej będę mieć dowody.
*
To się chłopcy zdziwili, jak Bartosza ze mną nie widzieli.
- Piotrek, lekarza waszego mi trzeba?
- Coś z Bartkiem nie tak?
- I tak i nie. Gdzie go znajdę?
- Ale i tak się niczego nie dowiesz. Tajemnica lekarska.
- Teoretycznie ciągle jestem jego najbliższą osobą z wyjątkiem rodziców. Dzieci nie mamy.
- Liwka. - odrzucił piłkę, pomachał do Andrei, że robi chwilę przerwy i pociągnął mnie na bok. - To nie wydarzyło się na meczu. A przynajmniej nie bezpośrednio.
- Wiedziałam, że zmyśla.
- Z nim nie jest najlepiej. I ja ci tego nie mówię po to, żebyś się nad nim zlitowała. Broń Boże. Chodzi o to, że jak pójdziesz do lekarza, to wyjdzie na to, że i my wszyscy kręcimy. A wtedy nie będzie wesoło.
- Piotruś. Do rzeczy.
- No bo jak wyjechałaś to z Bartoszem zaczęło się źle dziać. Albo się przetrenowywał, albo siedział całymi dniami i spał, albo jeżeli już spotykał się z kumplami to upijał się do nieprzytomności. No i przed tym meczem z Kędzierzynem to było tak, że trochę popłynął i w moim własnym domu, a właściwie na ogrodzie, na moich oczach, wypieprzył się. Szkoda, że bardzo niefortunnie. Wykręcił lekko kolano. Wiedzieliśmy, że ewidentnie coś naderwał, oczywiście trenerom ani sztabowi się nie przyznał. A później w trakcie meczu się doprawił. I stało się tak, jak się stało. Oczywiście nic nie powiedzieliśmy, bo mogłoby się to źle skończyć... Mógłby wylecieć z drużyny albo coś... A wtedy to już by chyba całkiem się załamał. Ogólnie to on nie stosuje się do zaleceń naszych lekarzy, nie ćwiczy nogi w domu, wymiguje się przed rehabilitacją kłopotami rodzinnymi, a tak naprawdę to siedzi i gapi się w twoje zdjęcia i wszystko co z tobą związane.
- Co ja mam ci teraz powiedzieć? - oczy mi się normalnie spociły po tym gackowym monologu.
- Nic nie mów, po prostu mu pomóż. Zmuś go jakoś do tego leczenia, bo inaczej nie wróci do gry. A to kolano. Poważna sprawa. Niejeden skończył karierę. Z resztą chyba wiesz, co znaczy mieć poważną kontuzję. Sama miałaś wypadek.
- Piotrek. Ale ja muszę wracać do Szwecji... Przyjechałam na kilka dni...
- To chociaż z nim porozmawiaj, nie wiem, dzwoń. Cokolwiek. Jesteś jego żoną, znasz go najlepiej. Na wylot.
- Myślisz, że powinnam do niego teraz pojechać?
- Myślę, że to to jest niezbędne.
Ta gonitwa po Gdańsku i za Gdańsk powoli zaczynała mnie męczyć. Bartoszowi nie powiem, że znam prawdę, bo byśmy się pokłócili jakiś tysięczny raz od kiedy się znamy, jeszcze bym go w tą nogę kopnęła, albo coś innego i nie wynikło by z tego nic dobrego. Stanęłam pod drzwiami i pukałam jak głupia, aż jakaś sąsiadka z naprzeciwka wyszła zobaczyć, czy aby na pewno nic się nie stało. Bartosz wyłączył też telefon. W mojej głowie kotłowały się różne myśli. Te najgorsze. Że leży nieprzytomny, albo gdzieś poszedł i potrzebuje pomocy. Pozwoliłam więc sobie wejść bez pozwolenia. Wszystko stało dokładnie w tym samym miejscu co jakąś godzinę wcześniej. Herbata już zimna, poduszki przekrzywione, niebieski worek obok jego kubka, a przynajmniej w tym pomieszczeniu brak jakiejkolwiek innej osoby z wyjątkiem mnie. W kuchni również, łazienka też pusta. Na szczęście w sypialni zastałam śpiącego Bartosza. Spał w tej pozycji co zwykle. Na boku, przytulając poduszkę i miarowo oddychał. Czyli wszystko w porządku. Cicho przymknęłam drzwi. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie przejrzała, co znajduje się w niebieskim worku. Oprócz jakiś antybiotyków lekarstwa nasenne. Czy aby na pewno lekarze Trefla zapisują tabletki na sen swoim zawodnikom? Szczerze w to wątpie. Przez przypadek przekrzywiłam obrus na stole i chcąc go poprawić wymacałam jakieś kartki. Całkowicie go podwinęłam, usiadłam w miejscu, gdzie wcześniej piłam herbatę i przeglądałam, co to. Kilka białych kopert zaadresowanych do Szwecji, dokładny adres miejsca, gdzie mieszkałam. W każdej z tych kopert biała kartka papieru od góry do dołu zapisana jego iście lekarskim pismem. Przeczytałam wszystko. Próbowałam nie płakać, ale kiedy doczytywałam ostatni już list, za tajemniczym skrótem ''PS'' zapisane były dwa słowa, które chociaż bardzo proste totalnie mnie rozbiły.
- Wróć, proszę. - szepnęłam sama do siebie, tak jakbym chciała na głos przeczytać to, co było napisane, ale zabrakło mi odwagi.
Wzięłam więc wszystkie koperty ze sobą chowając je do torebki, a z rozmowy i tak nici. Bo albo stchórzyłam, albo to po prostu nie był dobry moment, aby ponownie poważnie rozmawiać, po tym wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim czasie.
*
taka niespodzianka. jeszcze jeden i kończymy to opowiadanie. :)
do nowego roku chciałabym je całkowicie zamknąć.
a tymczasem wesołych świąt!
ps: chcialabym coś trochę poczynić w kierunku kosmetycznym. nie, nie lifestyle (chociaz uwielbiam takie blogi), ani nie ciuchy (bo ani figury nie mam ani zbyt piekna nie jestem zeby prezentowac cos na sobie, moze na wieszaku XD) tylko głownie recenzje kosmetykow. w sensie testy, opinie, obiektywne spojrzenie na produkty. tylko troche sie boje. XD
Boże, niech oni do siebie wrócą no.
OdpowiedzUsuńJak to fajnie po tym maratonie przygotowawczym wejść na chwilę na internet posprawdzać blogi zanim goście się zjadą i zobaczyć, że na Gawryszewskim jest coś nowego. Nareszcie jest nam dane poznać to, co się tam dalej dzieje. Ucieczka, powrót, kontuzja, załamanie i ... miłość, bo ona jak nic wisi w powietrzu między tą dwójką, choćby się zapierali rękoma i nogami ona jest, może trochę przygaszona, może jedno z nich zapomniało dorzucić drwa do ognia, a ten w rezultacie już tylko się żarzy, ale jeszcze nie zgasł. Te listy Bartka to nie przypadek, on już swoje powiedział, teraz kolej na Oliwię, bo to od niej zależy jak potoczą się ich losy, choć pewnie Ty swój koniec tej historii napisałaś, to mam nadzieję, że to właśnie przez te listy i dzięki nim Oliwia rozumie jedno, że "miłość jest jak narkotyk". Chociaż ona swoim zachowaniem to udowadnia: wyjeżdża, zostawia Go, rozstaja się, wraca i koniecznie musi Go zobaczyć, spotykają się tylko i wyłącznie z jej woli/działania, pomaga mu - wręcz się narzuca i wprasza, zależy jej na nim - troszczy się,k wypytuje Piotrka o jego stan, aż wreszcie są dwa kluczowe fragmenty : "Piotrek. Ale ja muszę wracać do Szwecji... Przyjechałam na kilka dni..." i "- Wróć, proszę. - szepnęłam sama do siebie, tak jakbym chciała na głos przeczytać to, co było napisane, ale zabrakło mi odwagi", dwa fragmenty dzięki którym można wierzyć iż ta dwójka będzie ze sobą, bo gdyby jej nie zależało nie padłoby słowo "ale", powiedziałaby to bardziej dosadnie, gdyby Bartek nic dla niej już nie znaczył, a końcówka.... mówi sama za siebie, on ją kocha, on jej potrzebuje, on musi mieć ją obok a nie w Szwecji, bo bez niej jest jak filiżanka, która rozpada się na małe kawałki.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że planujesz dodać coś jeszcze przed Nowym rokiem, ale z drugiej strony oznacza to koniec, co już wesołe nie jest :(